Niedziela, 24 maja 2026
WydawcaFiltry
AutorAlan Hollinghurst
TłumaczenieKatarzyna Makaruk
RecenzentJacek Melchior
Rok publikacji2026
Liczba stron444
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 4/2026

Propozycja wybitnego pisarza dla tych, którzy lubią poetykę seriali telewizyjnych, z ich niespiesznym tempem i celebracją szczegółów, owszem, tworzących wyrazisty klimat, ale bywa, że nużących, bo po co nam prawie pół strony informacji, udzielanych bohaterowi, w jaki sposób ma gdzieś dojechać? A jednak Hollinghurst pisze świetnie – zarówno gdy kilkoma zdaniami kreśli czyjś charakter, jak i wtedy, gdy pochyla się nad swoją ulubioną „kulturą wyższą”. Nie bez powodu porównuje się go do Henry’ego Jamesa, a nawet Marcela Prousta. Tym razem jest tu dużo muzyki Vaughana Williamsa, symfonicznego klasyka z Anglii, u nas niemal nie wykonywanego, oraz cała sfera dotycząca teatraliów, główny bohater powieści jest bowiem aktorem.

David Win, rocznik 1948 (pokolenie autora), gra latami w teatralnej trupie poza mainstreamem. W większości wypadków skazany jest jednak na role Azjatów, jest bowiem pół-Birmańczykiem, pół-Anglikiem. Egzotyczna uroda Davida (całe życie jakiś taksówkarz potrafi go najżyczliwiej zapytać: od jak dawna jest pan w Anglii?, choć David nigdy nie widział Birmy), a także fakt, że jest gejem i że nie ma do odziedziczenia wielkich pieniędzy, może liczyć tylko na siebie, przypominają, że także i w tej powieści Hollinghurst wraca do swego wielkiego, czołowego tematu: do poczucia wykluczenia w wielu aspektach.

Podobnie jak słynna „Linia piękna”, za którą autor otrzymał Nagrodę Bookera w 2004 roku, „Nasze wieczory” są powieścią inicjacyjną, bo choć obejmują całe życie Davida, proporcje są nierówne. Dwie trzecie powieści opisuje lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, a lat osiemdziesiątych nie ma tu wcale, może dlatego, że czasy AIDS i Margaret Thatcher autor już przejmująco opisał w „Linii piękna”. Jest więc wczesna młodość, a potem niemal od razu wiek dojrzały i starość.

Nie jest też tak, co zdają się sugerować streszczenia, że książka ma dwóch równoważnych bohaterów – drugim jest Giles Holden, kolega Davida ze szkoły. Cwany, wywyższający się i bucowaty syn bogaczy, którzy fundują Davidowi stypendium, zostanie konserwatywnym politykiem i walnie przyczyni się do zwycięstwa Brexitu. W powieści będzie pojawiał się niczym lustro, w którym David przygląda się Anglii, by wiedzieć, w jakim kraju naprawdę żyje.

Jeśli jeszcze nie przybliżyłem fabuły, to dlatego, że jest nią… samo życie, opowiedziane tu jako seria luźno powiązanych epizodów, z których, gdy ułożą się w całość, powstaje jeszcze co innego, choć długo może się wydawać, że w całość się nie ułożą… Obserwujemy nastoletniego Davida, goszczącego u swoich sponsorów, Holdenów, i przyglądającego się matce, krawcowej, która wiąże się uczuciowo i odważnie zamieszkuje z… drugą kobietą. Davida, odkrywającego swoją seksualność (w Anglii wciąż obowiązywało prawo z czasów Oscara Wilde’a) i studiującego w Oksfordzie, gdzie dyskutuje się o torysach i labourzystach. A jednak Wielka Historia przemyka gdzieś obok i może trochę szkoda, że autor nie pomaga młodszym czytelnikom, którzy nie umieszczą „zamachu w Chile” w roku 1973, a „gitara Erica Claptona” nie wyjaśni im kulturowej zmiany.

Na szczęście zagadka i inspiracja tytułu zostają wyjaśnione. „Nasze wieczory” to bowiem jedna z części suity Leoša Janáčka, słuchanej tu z płyty, a zarazem fraza ta oddaje sens prywatnego życia aktorów, którzy swoim najbliższym tłumaczą, że „nasze wieczory nie należą do nas”, są bowiem wówczas na scenie. Jak na opowieść o aktorze przystało, uczestniczymy też w próbach teatralnych i przeżywamy kolejne związki miłosne Davida, w tym z czarnoskórym aktorem Hectorem. Hector nigdy w Anglii nie zagra Otella, choć Lawrence’a Oliviera maluje się wówczas na czarno od stóp do głów, zrobi za to karierę w Hollywood… Trudno w tym kontekście nie pomyśleć o dzisiejszej dyskusji z pytaniami w rodzaju, czy Bonda powinien zagrać Idris Elba – w sumie dlaczego nie? – i czy to to samo, co czarnoskóra Anna Boleyn, bo druga żona Henryka VIII czarnoskóra nie była…

Pytań o sens ludzkiej natury i sztuki, i takie, a nie inne zorganizowanie świata, wreszcie o zmieniającą się wciąż w naszym życiu perspektywę, zadajemy sobie tutaj wiele. Także wtedy, gdy po latach przybywamy z Davidem na zjazd absolwentów i gdy sprząta dom po swojej zmarłej matce, a te strony należą do bardziej wzruszających może dlatego, że podczas pisania książki Hollinghurst żegnał własną… No i finał, którego oczywiście nie wyjawię, ale który zaskakuje czytelnika – a to w epoce, kiedy już niemal nic nas nie dziwi, prawdziwa sztuka. Jeśli więc ktoś szuka szerokiej, epickiej, rozlewnej prozy, która w (elegancki) sposób z nami dyskutuje, a nie zna twórczości Hollinghursta, warto na ten tytuł zwrócić uwagę.

Należy też docenić piękne tłumaczenie – przy poprzednich bywało różnie – ale jest i „ale”, choć Filtry naprawdę dopieszczają redakcyjnie swoje książki. Dotyczy ono muzyki klasycznej i niestety jest u nas niemal regułą, że w tej materii trafia się nagle jakiś zgrzyt. W czymś naprawdę wyrafinowanym znalazłem niedawno „tercet” smyczkowy, choć jak smyczkowe, to trio, a Tercet to co najwyżej Egzotyczny. Tutaj mamy „piosenkarza” Gerarda Souzaya, a słynny mistrz francuskich pieśni był przecież śpiewakiem… I co znaczy zdanie „autentyczny stary baryton”? Może, że klasyczny? A może: prawdziwy, czyli dawnej, wielkiej klasy? W latach siedemdziesiątych Souzay miał ledwie po pięćdziesiątce… Nie szukając dziury w całym, przypominam, że muzyka poważna to wyższy stopień wtajemniczenia.

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ