
31 sylwetek dwudziestowiecznych pisarzy (z jednej
strony bracia Mackiewiczowie, Józef Łobodowski,
Sergiusz Piasecki, Ferdynand Goetel, Stanisław
Rembek, Kazimierz Wierzyński, Gustaw Herling-
Grudziński, czy darzony przez autora szczególną
estymą Jan Lechoń, z drugiej Julian Tuwim, Bruno
Jasieński, Adam Ważyk, Mieczysław Jastrun, Kazimierz
Brandys, Czesław Miłosz) odkurza ten najwybitniejszy
krytyk literacki obecnej doby, szczególnie
ceniony z racji nonkorformizmu, lekceważenia literackich mód oraz nieliczenia się z political correctness. Teksty, łączące
w sobie elementy eseju, szkicu, reportażu i felietonu, drukowane były
uprzednio (w skróconej formie) na łamach tygodników „Uważam, Rze”
oraz „Do Rzeczy. Historia”. Nie muszę dodawać, że czytelnicy rozpoczynają
od nich lekturę tych pism (cykl jest kontynuowany, za jakiż czas
możemy spodziewać się drugiego tomu). Wydawało mi się, że dobrze
znam życiorysy i spuściznę opisywanych. Byłem w błędzie. Vide sylwetki:
Stanisława Balińskiego, Michała Pawlikowskiego, Andrzeja Chciuka czy
informacje o tym, że Stanisław Ryszard Stande był zięciem Adolfa Warskiego,
w żyłach Litwina in spe – Oskara Miłosza płynęła pokaźna domieszka
krwi żydowskiej, Paweł Jasienica chwalił Zbigniewa Nienackiego
i deprecjonował Józefa Mackiewicza, zaś recenzję ze „Sztafety” Melchiora
Wańkowicza Sławomir Mrożek zatytułował… „Zbrodnicze tomy”.
O działalności dyplomatycznej u progu Polski Ludowej Jerzego Putramenta
– którą, jak się kiedyś wyraził, rzucił z miłości do wędkarstwa
– miałem mgliste pojęcie: „Wpadłem na myśl o zagranicy dlatego, że
właśnie zaczęto formować nasze placówki dyplomatyczne. Przeczytałem
komunikat – i jakby iskra przebiegła mi przez mózg. Dlaczegoż
by nie? Że nie mam żadnego doświadczenia dyplomatycznego? A ten,
właśnie mianowany, ma? (…) Przez pierwsze miesiące czułem się
w Bernie straszliwie zabłąkany. Językiem żadnym (poza rosyjskim) nie
władam, o praktyce dyplomatycznej żadnego pojęcia, kraju nie znam,
nawet tego całego protokołu ni w ząb!” – pisał wieloletni sekretarz
POP przy ZLP w swych obszernych memuarach „Pół wieku”.
Szybko się okazało – dopowiada Masłoń – że wszystko, czego spodziewają
się po nim jego mocodawcy to popieranie wszelkich inicjatyw
szefa delegacji sowieckiej A. A. Ławryszczewa. Do służby dyplomatycznej
skierowanego, a jakże, w 1937 roku. – A coście robili przedtem?
– zapytał ciekawski literat w cylindrze ambasadora. – Pasłem krowy –
szczerze, jak na czekistę przystało, odrzekł Ławryszczew.
Nadzwyczaj cenna praca. Obfitująca w soczyste cytaty. Dobitnie
konfrontująca patriotyzm z oportunizmem. Gwarantuję, że czas przeznaczony
na jej lekturę nie pójdzie na marne.










