środa, 30 stycznia 2019
WydawcaWydawnictwo Literackie
AutorMarta Sztokfisz
RecenzentTomasz Zbigniew Zapert
Miejsce publikacjiKraków
Rok publikacji2018
Liczba stron386
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 1/2019

Opisywana kojarzy się, oczywiście, z kuchnią, lecz autorka jej wnikliwej i w znacznej mierze odkrywczej biografii określa ją mianem prekursorki współczesnych bizneswoman. Bez wątpienia wyprzedzała swoją epokę. Uważała, że panie mogą stworzyć gospodarczą potęgę. Uporczywie i – co najistotniejsze – skutecznie przekonywała je, aby same kształtowały swój los. Nie tylko nakłaniała do konkretnych zajęć, ale też podawała precyzyjne wytyczne dotyczące, dajmy na to: suszenia owoców, zbierania ziół, krawiectwa, nawet hodowli jedwabników! Propagowała to z zapałem w prasie, głównie w redagowanej przez kilka dekad rubryce na łamach „Bluszcza” – jakbyśmy dziś rzekli, topowego tygodnika lajfstajlowego tamtych czasów – oraz w wydawanych rokrocznie „Kolędach dla gospodyń”. Wbrew muzycznie brzmiącemu dziś tytułowi, były to poradniki ułatwiające prowadzenie gospodarstwa domowego. Jej wizytówkę stanowi książka „365 obiadów za 5 złotych”. Wciąż wznawiana.

Zdaniem Marty Sztokfisz drogę naszej kucharki narodowej wyznaczyło kalwińskie wyznanie. Protestantyzm hołduje kultowi pracy i operatywności. Krzewi idee działalności gospodarczej. Wprawdzie ojciec Lucyny, Fryderyk von Bachman, wysokiej rangi urzędnik skarbowy, osierocił córkę, gdy miała sześć lat, a matka Henrietta z Buecklingów wyszła ponownie za mąż za emerytowanego pułkownika Faustyna Pawłowicza, lecz nie zmieniło to gradacji wartości wpajanych dziewczynie.

Fortunę zdobyła niemal wyłącznie piórem, chociaż prowadziła też kursy przysposobienia kulinarnego dla pań. Publikacje przyniosły jej 84 tys. rubli! Równało się to wartości czterech folwarków, tudzież dwu kamienic. „365 obiadów…” doczekało się od premiery w roku 1858 do zgonu autorki (rok 1901) dwudziestu wznowień. Zyskała status rodzimego Anthelme’a BrillatSavarina (autor ponadczasowej „Fizjologii smaku”) polskiej gastronomii.

Zażyłe relacje wiązały ją z Bolesławem Prusem. Była zauroczona jego prozą, intelektem, wrażliwością społeczną, pracowitością… Mieli podobne pozytywistyczne postrzeganie rzeczywistości. Spotykali się nie tylko w stołecznych kawiarniach czy na wyścigach konnych, ale również w Nałęczowie, dokąd oboje systematycznie podążali reperować zdrowie. Autor „Lalki” należał do raczej nielicznego grona naszych literatów doceniających sztukę kulinarną. Omawiał w prasie kolejne „Kalendarze”, których egzemplarze wysyłała mu regularnie, dołączając konfitury i nalewki. Prezenty nie wpływały jednak na recenzenta. Oceniał „Kalendarze” pochlebnie, choć nie bezkrytycznie, wytykając autorce popieranie grafomanii, gdyż między poradami z przepisami zamieszczała wybrane przez siebie wiersze.

Znaczną część przepisów gastronomicznych Ćwierczakiewiczowej czas zweryfikował pozytywnie. A i te zapomniane, takie jak: piwna polewka, zupa cytrynowa, sage na winie czy knel bez wątpienia warto wypróbować. I rozpowszechniać.

OCEŃ KSIĄŻKĘ