
Dawno nie miałem do czynienia z lekturą równie dołującą – kolejny tom cyklu „Z dziejów głupoty w Polsce”. Aleksander Bocheński, autor dzieła pisanego podczas okupacji, skupił się oczywiście na polityce, tę bowiem najłatwiej „analizować”, czyli krytykować na tle własnych racji. „Gdyby tylko mnie posłuchali” to hasło jakże wielu krytykantów. Ale to, co Bocheński mówi o polityce – „W ciągu szeregu pokoleń zawsze brał górę frazes, poezja, romantyzm, a przez to szaleństwo i samobójstwo. Polityka leży w rękach ludzi nieposiadających żadnych informacji, żadnego rozsądku ani daru przewidywania” – jest porażająco aktualne. Pisze dalej o „świadomym lub bezwiednym okłamywaniu lub mistyfikowaniu narodu przez historyków”. Dziś robią to, przepraszam za wyrażenie, elity. Niczego ich historia nie nauczyła, acz ochoczo się do niej odwołują. Książka Śpiewaka wyraźnie to pokazuje – bo głupota jest silniejsza, stoi za chciwością, pychą, egoizmem.
O tym, że źle się u nas dzieje, wiemy wszyscy. Nie ma chyba działalności – sposobu myślenia i postępowania – której nie moglibyśmy dokleić wrednego doprecyzowania „pato”. Jakub Żulczyk w okładkowym blurbie mówi, że „Śpiewak bywa ostry, radykalny, niektórzy zarzucają mu nawet swego rodzaju fanatyzm”. I chwała mu za to, bo bez takiego larum łatwo odpuszczamy. Ciepła woda w kranie jest? To o co nam chodzi? Ano o to, że pozwoliliśmy i pozwalamy wciąż, by państwo zostało zawładnięte przez najsilniejszych: najbogatszych, najbardziej wpływowych i zarazem najbardziej obojętnych na los pozostałych obywateli.
Śpiewak dowodzi tego w poszczególnych rozdziałach, poruszając w nich m.in. politykę, media, system podatkowy, wymiar sprawiedliwości, alkoholizm, sposoby zatrudnienia i zarabiania, budownictwo, czyli deweloperkę. Przykłady i oceny budzą przerażenie – państwo robi tyle co nic, by zapobiec kantom, oszustwom, wynaturzeniom, wszelakim patologiom. Można wręcz powiedzieć, że jest to niemoc świadoma – bo się rządzącym opłaca. Przykład pierwszy z brzegu: prasa co i rusz przynosi opisy kolejnych patodeweloperskich wyczynów, mnożących się samowoli budowlanych (zwłaszcza na Podhalu), ale nie sposób znaleźć informacji o sądach nakazujących rozbiórkę gargameli czy wstrzymanie budowy – a jeśli już taki wyrok zapada, to deweloper śmieje się w kułak, bo przecież kary są niewspółmierne do przewinień, a system pozwoli mu na tyle odwołań, że sprawa wreszcie się przedawni. I tak dalej, i tak dalej.
Autor winą za taki stan rzeczy obarcza właśnie te, proszę wybaczyć to słowo, elity – „wywodzące się z inteligencji i [specyficznie] interpretujące liberalizm”. Sięga do historycznych korzeni, ludowego rodowodu naszego społeczeństwa i mentalności folwarcznej. Jakże trafna wydaje się przywołana przez niego diagnoza Władysława Łozińskiego z 1904 roku: „Nie brak prawa zgubił obyczaje, ale brak władzy, nie brak sankcji karnych, ale brak ich wykonania”. Klientelizm, jaki zaczął się rodzić w XVII wieku, ma się nadal dobrze – patodeweloperka to przykład najbardziej rzucający się w oczy. Neoliberalizm, jaki zapanował w Polsce po 1989 roku, umożliwił „uwłaszczenie nomenklatury postkomunistycznej” i zdominowanie Solidarności przez patoliberałów. „Solidarność przestała być utożsamiana ze związkiem zawodowym, masowym ludowym ruchem działającym na rzecz demokratyzacji sposobu zarządzania gospodarką, ale stała się obywatelskim ruchem na rzecz indywidualnej wolności”, pisze Śpiewak. Tyle że wolność ta została doprowadzona do absurdu – najważniejsza okazuje się „mojszość”. I naprawdę trudno mi zrozumieć, że w kraju, który dał początek Solidarności, postrzeganej wszak na świecie jako ruch prowadzący do obalenia komunizmu, związki zawodowe praktycznie dziś się nie liczą, nie mają nic do gadania…
To książka dla ludzi o mocnych nerwach. Trzeba ją przeczytać. Choć przekonany jestem, że niczego nie zmieni – Solidarność się przecież nie odrodzi.
[buybox-widget category=”book” ean=”9788383872124″/]











