
Ludolf Hermann Emmanuel Georg Kurt Werner von Alvensleben. Rocznik 1901. Potomek pruskiej arystokracji o tradycjach wojskowych. Absolwent szkoły kadetów, dla której porzucił naukę wiolonistyki.
Był zbyt młody, by walczyć na frontach I wojny światowej. Rozczarowany Republiką Weimarską, wstąpił do NSDAP, wykazując się zaangażowaniem. Do chwili nominacji kanclerskiej Adolfa Hitlera aż jedenastokrotnie (sic!) skazywano go za bójki z komunistami oraz znieważanie przeciwników ideologicznych. W Trzeciej Rzeszy posłował do Reichstagu, zasilił szeregi SS, piastował wpływowe stanowisko adiutanta Heinricha Himmlera. Swojego wzorca i poplecznika zarazem.
We wrześniu 1939 roku został mianowany wodzem Selbstschutz Westpreussen (formacji paramilitarnej grupującej przedstawicieli niemieckiej mniejszości zamieszkałej II RP, utwo52 rzonej przez zachodniego najeżdżę na okupowanych terenach polskich) – kwaterował w Bydgoszczy. Jego podwładni rozstrzeliwali Polaków. Ofiary wyznaczał osobiście, stawiając krzyżyk przy personaliach widniejących na listach proskrypcyjnych. Figurowali tam urzędnicy, lekarze, społecznicy, nauczyciele, dziennikarze, prawnicy, duchowni, policjanci… Podobno uczestniczył w egzekucjach. Jedną z ofiar był ksiądz Antoni Kozłowski, przodek autora tego rzetelnie udokumentowanego reportażu. Ważnego argumentu w debacie dotyczącej konieczności niemieckich reparacji wojennych wobec Polski.
Równie krwawe ślady pozostawił Alvensleben w Lublinie – gdzie także kierował Selbschutzem – i na Ukrainie, dokąd trafiał latem 1941 roku w charakterze dowódcy SS i Policji na obszarze operacyjnym Grupy Armii A. Cztery lata później aresztowali go Brytyjczycy, osadzając w Neuengamme, dawnym kacecie nazistowskim opodal Hamburga.
W jaki sposób stamtąd zbiegł? Kto pomógł mu dotrzeć do Genui? Dlaczego celem ucieczki była Argentyna? Czym zajmował się w Ameryce Południowej? I najistotniejsze: z jakich powodów uniknął odpowiedzialności karnej za swe zbrodnie? Te kwestie są w książce omówione metodycznie i drobiazgowo, chociaż zagadek w życiorysie tej odrażającej postaci ciągle pozostaje niemało.
Wiadomo, że w Buenos Aires, a następnie w Santa Rosa de Toay przez niemal ćwierćwiecze egzystował jako Carlos Luecke, obywatel Argentyny – bezpiecznie i w dostatku. Przeżył 69 lat. Na pogrzeb przybyło wielu niemieckich emigrantów. Również obciążonych hitlerowskim balastem. Żegnali kamrata, hajlując. Mogiła zbrodniarza istnieje do dziś.













