
Dziwna to książka.
Jimmy Burns bez wątpienia jest „wyznawcą” Maradony‚
a jednocześnie
napisał biografię‚
która ma obnażać wszystkie grzechy piłkarskiego geniusza – nie tylko jego skłonność do narkotyków czy kobiet‚ ale przede wszystkim psychopatyczną
osobowość. Sam bohater
książki odciął się od niej całkowicie‚
obrażając się nie tylko na autora‚ ale i tych‚ którzy udzielili mu wywiadów.
„Nie życzę sobie‚ żeby mówiono o mnie w książce‚ która jest nieżyczliwa.
Jeśli to mają być moi przyjaciele‚ to wolę wrogów” – powiedział mistrz świata z 1986 roku.
Nieautoryzowaną biografię Maradony
na pewno świetnie się czyta‚ żywy język i liczne relacje osób trzecich
to jej niewątpliwe atuty. Burns posługuje się językiem „boiska”‚ co doceni każdy kibic‚ gdy czytamy
o piłkarskich umiejętnościach Maradony. Gorzej gdy tym samym językiem pisze o życiu swojego bohatera‚
życiu trudnym i w gruncie rzeczy nieszczęśliwym. To nawet mało istotne‚ że Burnsowi brakuje
zarówno empatii‚ jak i socjologicznego
przygotowania‚ bardziej irytuje kibolski momentami język i tak widoczna chęć dokopania najlepszemu – według rankingu FIFA – futboliście wszechczasów. Podłoże tej niechęci ma zresztą po części także „szalikowy” rodowód
– wystarczy bowiem wczytać się we fragmenty‚ w których Burns opisuje Argentyńczyków‚ określając Maradonę mianem ich narodowego kapłana. A pamiętamy przecież‚ że strzelona „ręką Boga” przez Maradonę
bramka wyeliminowała blisko 20 lat temu Anglików z mistrzostw świata. Burns wprawdzie urodził się w Hiszpanii‚ ale kibicem pozostał angielskim.













