środa, 26 sierpnia 2026
WydawcaIskry
AutorBernadetta Darska
RecenzentWacław Holewiński
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2026
Liczba stron308
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 7-8/2026

„Republika ludzi młodych” – tak właśnie określano projekt, który pod oficjalną nazwą Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka działał od 1946 roku w Bartoszycach w dzisiejszym województwie warmińsko-mazurskim i miał stworzyć „nowego człowieka”. Brzmi jak komunistyczny slogan? Słusznie. Takim ten eksperyment, kuźnia kadr, miał być. A że nie wyszło? Nooo, nie wyszło. Pewnie z korzyścią dla wszystkich.

Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy w Bartoszycach powstał w poniemieckich koszarach Ludendorffa. W poniemieckich, bo i Bartoszyce, niespełna rok wcześniej, nosiły przecież nazwę Bartenstein. Patronem, inicjatorem ośrodka było Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Organizacja o pięknej, przedwojennej tradycji. Na początku przejęto sierociniec niemiecki i znalazły się tam dzieci… niemieckie. Szybko ich status zmieniono na „mazurskie” i poddano repolonizacji. Potem projekt nabrał tempa niezwykłego. Bartoszyce miały stać się domem dla trzech tysięcy sierot. Polskich, niemieckich, ukraińskich, żydowskich, także dzieci reemigrantów…

Czy to był projekt ideologiczny? Z całą pewnością. Widać to choćby z wprowadzonego sposobu zwracania się do opiekunów: towarzyszu, towarzyszko, metod wychowawczych przejętych nie tylko od Korczaka, ale – może nawet przede wszystkim – od ikony sowieckiego kształtowania młodych ludzi, Antona Makarenki i jego „Poematu pedagogicznego”. Z drugiej strony to tam dzieci traktowano podmiotowo, uczono samorządności, szukano tego, co wspólne…

Książka profesor Bernadetty Darskiej wychodzi poza suchy opis eksperymentu. Przede wszystkim poprzez historię „Monetniaków”, polskich dzieci z sierocińca w Monetnej na Uralu i ich opiekuna, Aleksandra Lewina (1915– 2002), człowieka wielce zasłużonego, choć o niejednoznacznym życiorysie (to on kształcił „kadry” dla bezpieczniackiego więzienia dla młodocianych w Jaworznie), w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że wychowanek Janusza Korczaka. Te dzieci, tak ciężko doświadczone utratą najbliższych na zesłaniu, w łagrach, często chore, głodne, znalazły w Bartoszycach swój dom. Bezpieczny, jak na ówczesną rzeczywistość nieźle wyposażony, z czterema posiłkami dziennie, z kadrą pedagogów, którzy raczej leczyli wcześniejsze traumy, niż powodowali nowe.

Eksperyment nie kończył się na domu dziecka. Obejmował szkoły, zarówno na poziomie podstawowym, jak i średnim, warsztaty produkcyjne, gospodarstwa rolne. Ośrodek, w założeniu, miał być organizmem samowystarczalnym. O jego randze świadczy choćby wizyta Bolesława Bieruta. To po niej do ośrodka przyjechały wagony z wyposażeniem, którego mogły pozazdrościć inne placówki.

Czy ośrodek stał się dla dzieci sielanką? Nie, z całą pewnością nie. Z wielu powodów. Dzieci niemieckie/mazurskie nie znały języka polskiego. Niemiecki był powodem agresji dzieci polskich, zwłaszcza tych przywiezionych z Warszawy, które przeszły przez piekło powstania warszawskiego. Trudności z adaptacją musiały mieć też dzieci ukraińskie wysiedlone ze swych rodzinnych domów do Bartoszyc w ramach akcji „Wisła”. Były też konflikty z ludnością napływową, która sukcesywnie zapełniała miasto.

Ośrodek przyciągał pedagogów, oferował w tamtych czasach rzecz bezcenną – mieszkania, stabilną pracę. Ale „produkował” też w liceum pedagogicznym własne kadry, trwałe, pozostające na miejscu po skończeniu nauki.

„Republika ludzi młodych” zyskała rozgłos w świecie dzięki Davidowi Seymourowi. Ten znakomity fotograf, pracując na zlecenie UNICEF-u w ramach projektu „Children of Europe”, pokazał, prócz dzieci z Warszawy i Otwocka, właśnie ten ośrodek, dzieci z Bartoszyc.

„Republika” miała swoich piewców. Ten najbardziej znany, doceniony, to Igor Newerly i jego „Archipelag ludzi odzyskanych” wydany w roku 1950. Znakomity pisarz spędził sporo czasu w ośrodku i… szybko po publikacji uznał książkę, choć przez wiele lat była obowiązkową lekturą szkolną, za nieudaną.

„Republika” miała też, warto to docenić, swój program kulturalny: wizyty pisarzy, własną orkiestrę (prowadził ją Mikołaj Beynar, ojciec Pawła Jasienicy), chór.

Ośrodek działał do 1951 roku, potem wchodzące w jego skład placówki usamodzielniły się. Jaki był tego powód? Poszczególne placówki zaczęły podlegać różnym ministerstwom. To one wyznaczały, nie zawsze zbieżne, kierunki rozwoju.

Eksperyment przetrwał, z dzisiejszej perspektywy, bardzo krótko. Po latach wychowankowie twierdzili jednak, że nie był to czas stracony… Może dlatego, że niebawem umarł Stalin, że nie wszystkie założenia wdrożono, że Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci zakończyło swój żywot.

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ
Rynek książki
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.