Wtorek, 1 listopada 2022
WydawcaPrószyński Media
AutorOlia Hercules
TłumaczeniePiotr Art
RecenzentBarbara Kramar
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2021
Liczba stron350
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 10/2022

W Ukrainie trwa wojna, ludzie tracą nie tylko rzeczy materialne, ale i życie. W takim momencie pisanie o książce, która nosi tytuł „Sielskie smaki” i opowiada o ukraińskiej kuchni, przyrodzie i zwyczajach ludzi tam mieszkających, mogłoby wydać się co najmniej nie na czasie. Jednak już podtytuł: „Nostalgiczna podróż kulinarna” rozwiewa wątpliwości; tak, to jest znakomity moment na czytanie i pisanie o książce Olii Hercules. W trudnych chwilach wspomnienia dobrych, spokojnych chwil jednym przynoszą siłę i nadzieję, a innym dają możliwość poznania Ukrainy… od kuchni. Nic bowiem lepiej nie zbliża ludzi niż stół: miejsce, w którym różne smaki stają koło siebie, opowieść łączy, a nieznane staje się bliskie.

Lubię książki kulinarne; to dzięki nim mam potem ochotę czy odwagę sięgnąć po potrawy, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Poznaję składniki i dania, jakich nie znałam z domu rodzinnego. Odkrywam różnice i ze zdziwieniem spostrzegam podobieństwa do „mojej” kuchni i kuchni znanej mi z podróży po świecie. Jednak największą wartość książek kulinarnych upatruję w opowieści o ludziach i ich zwyczajach, w tym kulinarnych. Dlatego z taką przyjemnością czytałam ten smakowity przewodnik.

Pierwsze, co zrobiło na mnie wrażenie, to wielkość i różnorodność Ukrainy. Jej burzliwe dzieje na pewno wynikają z tego, że była łakomym kąskiem dla wielu mocarstw, w tym Polski, Turcji, Rosji, Austrii; najeżdżali ją też Tatarzy krymscy i Mongołowie. Zmieniające się granice przynosiły odmienne pierwiastki etniczne, religijne i kulturowe; stąd – widoczne choćby w kuchni – wpływy północnoeuropejskie (kiszenie, suszenie ryb i marynowanie) i śródziemnomorskie. Lista narodów, jakie dorzuciły do ukraińskiego garnka swoje składniki i przepisy, jest bardzo długa: obok potraw węgierskich, słowackich są bułgarskie, mołdawskie, niemieckie, szwedzkie, żydowskie, tatarskie, huculskie… Rozległość Ukrainy sprawia, że wraz z krajobrazami zmieniają się klimaty, a tym samym składniki potraw. Warzywa, owoce, zioła i przyprawy tworzą niezwykłą wręcz mozaikę smaków, zapachów i kolorów.

Olia Hercules pochodzi z południa Ukrainy, obecnie mieszka w Londynie i jest autorką nagradzanych książek kulinarnych. Tę, którą mam w rękach, wydała oficyna Prószyński i S-ka. Publikacja cieszy oczy fotografiami, ale nie upozowanymi; nie ma tu blichtru i przepychu. Oprócz przepisów, których jest wiele i które z całą pewnością wypróbuję, bo są proste, smaczne i ciekawe, często wracam myślami do opowieści o letniej kuchni. Ta „litnia” kuchnia to osobny budyneczek, zwykle tylko jedna izba, stojąca na podwórzu. Nie jest to miejsce, gdzie na świeżym powietrzu, pod wiatą, drzewem czy pergolą przyrządza się potrawy; takie znam z Chorwacji czy innych krajów śródziemnomorskich. Ukraińskie letnie kuchnie najprawdopodobniej powstały z ziemianek, w których trzymano zwierzęta, a czasem mieszkano, zanim stać było właścicieli na lepsze lokum. Letnie kuchnie były i są nadal bardzo praktycznym rozwiązaniem. Osobne miejsce do gotowania, smażenia czy przygotowywania przetworów pozwala zachować porządek w domu. Zapytałam moją znajomą, panią Ivankę ze Złoczowa w obwodzie lwowskim, o jej letnią kuchnię. Opowiadała mi o tym z taką radością i sentymentem, że nie mam wątpliwości, że magia takich prostych domków, zwanych w niektórych rejonach „szopami” lub „budkami”, kryje się nie tylko w ich praktyczności, ale chyba w często nieuświadomionej wspólnocie pracy. Radość z przygotowywania jedzenia na specjalne okazje czy przetworów na zimę, a wszystko to przy otwartych na oścież drzwiach i oknach, miesza się z trudem i potem. Jednak kipiące i parujące garnki, pachnące wypieki, cieszące oczy weki z kompotami, dżemami i wszelkimi przygotowanymi na zimę smakołykami dają poczucie bezpieczeństwa i szczęścia.

Odbyłam z Olią Hercules nostalgiczną podróż kulinarną, dla mnie odkrywczą; podróż, którą polecam każdemu, bez wyjątku. Przysłowie mówi, że żeby kogoś poznać, trzeba z nim zjeść beczkę soli. Tymczasem według mnie, by lepiej poznać sąsiadów, wystarczy spróbować specjałów ich kuchni. Może wtedy (jeszcze) łatwiej będzie wspomagać ich w ekstremalnie trudnej sytuacji – walki o przetrwanie.

OCEŃ KSIĄŻKĘ