
Spotkanie z prozą Romanowiczowej jest przygodą niezwykłą. Z wielu powodów. Po pierwsze: dokonujemy odkrycia, bo sięgając po twórczość autorki w Polsce prawie nieznanej, wkraczamy zarazem w obszar dzieł, które w kręgach krytyki literackiej cieszą się uznaniem i szacunkiem. Po drugie: styl pisania. Zadziwia, a jednocześnie niepokoi kompletną odmiennością. Brzmi nowocześnie, ale wyraźnie odbiega od tego, co spotykamy we współczesnej literaturze.
Zofia Romanowiczowa napisała „Słońce dziesięciu linii” ponad 60 lat temu. PIW od czterech lat, co roku, wydaje jeden z jej tytułów. Poza „Słońcem” wydano już „Skrytkę”, „Szklaną kulę” i „Przejście przez Morze Czerwone”. Aby lepiej zrozumieć prozę Romanowiczowej, najlepiej zacząć od jej CV, które pomaga w interpretacji, jak i tłumaczy fakt, dlaczego pozostaje w Polsce autorką nieznaną. Lata wyklęcia pisarzy emigracyjnych w okresie komuny zrobiły swoje. Szczęśliwie we Francji, za życia, była pisarką docenianą i przez polską krytykę emigracyjną, i przez czytelników francuskich, choć nie pisała po francusku. Francuzi poznawali jej prozę z tłumaczeń. Nawet porównywali ją do Camusa! W czasie okupacji niemieckiej była łączniczką Związku Walki Zbrojnej. Po aresztowaniu przez gestapo w 1941 roku trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, rok później do Neu Rohlau z adnotacją „powrót niepożądany”. Dramat obozowy przetrwała dzięki opiece współwięźniarek i własnej działalności, pisała wiersze recytowane później potajemnie przez inne więźniarki. Uciekła z kolumny śmierci i przedostała się do amerykańskiej strefy, do Rzymu, gdzie trafiła pod skrzydła Melchiora Wańkowicza, który zauważył talent dziewczyny. Z Rzymu do Francji dotarła nielegalnie, ukryta pod plandeką ciężarówki. Tam ukończyła studia romanistyczne na Sorbonie, a w 1948 roku wyszła za mąż za Kazimierza Romanowicza, który na Wyspie Św. Ludwika w Paryżu prowadził polską księgarnię Libella. W 1956 roku małżonkowie założyli wydawnictwo Libella i wydali debiut książkowy Romanowiczowej „Baśka i Barbara”, który stał się także pierwszą książką emigracyjną dostępną wówczas w Polsce. Od 1959 do 1993 roku Romanowiczowie prowadzili również Galerię Lambert, sąsiadującą z księgarnią, w której zorganizowali setki wystaw artystów z całego świata, także Józefa Czapskiego, Tadeusza Kantora i Jana Lebensteina, oraz promocje książek m.in. Czesława Miłosza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Zbigniewa Herberta. Ponieważ Romanowiczowie odmówili współpracy ze służbami bezpieczeństwa, zakazano w Polsce druku książek Zofii. Autorka zmarła w 2010 roku.
Ze świadomością jej życiowych doświadczeń książka „Słońce dziesięciu linii” jawi się bardziej zrozumiała. Uważny czytelnik wyłapie wiele przeżyć autorki. Tytuł książki został zaczerpnięty ze Starego Testamentu, z Księgi Izajasza, skąd wywodzi się całe zagadkowe motto: „I wróciło się słońce o dziesięć linii po stopniach, przez które było zstąpiło”. To cytat z opowieści o chorym królu Ezechiaszu, którego Bóg uzdrowił i podarował mu kolejnych piętnaście lat życia. Książka w opinii krytyków uchodzi za przejaw polskiej nouveau roman, z czym, ponoć, autorka się nie zgadzała. Nie posiada ona porządku chronologicznego, opisuje nie świat zewnętrzny, a przeżycia, odczucia, myśli bohaterki. To głęboko psychologiczna powieść, w której narratorka ma dużo wspólnego z autorką. Obie, ocalone od śmierci, są naznaczone traumą. Doświadczenia życiowe Romanowiczowej silnie wpłynęły na jej twórczość i wydaje się, że zapewne odczuwała potrzebę przelewania swoich przeżyć na papier. Złagodzonym językiem opowiada rzeczy nie do opowiedzenia, nie do nazwania. Intymna opowieść „Słońca dziesięciu linii” jest zawężona do jednego zdarzenia, ma wyraźnie afabularny charakter i jest pozbawiona akcji jako takiej. Zminimalizowana do świata wewnętrznego bohaterki, zmusza czytelnika do empatii i namysłu. Śledząc jej myśli, to my, czytelnicy, układamy sobie scenariusz wydarzeń. Romanowiczowa starannie dobiera słowa, oszczędnie, ale osiąga efekt bogactwa emocji i wrażeń. Pokazuje skomplikowane psychologicznie, niemożliwe do zrozumienia wnętrze osoby ocalonej z dramatu wojny i obozu. Wplatanie cytatów wielkiej literatury klasycznej, polskiej, światowej, jak i język powieści świadczą o znakomitym obyciu i kulturze literackiej autorki. Tę świadomość polskiego języka podkreśla użycie czasu zaprzeszłego przypuszczającego, którego mało kto dziś we współczesnej polszczyźnie używa. W opowieści Niny, głównej bohaterki, często występuje zawieszenie, charakterystyczne dla ocalonych: „co by było, gdyby”, co nadaje im metafizyczny charakter. Przywołuje zaprzepaszczone możliwości. Skojarzenia językowe, ich nieoczywistość, zaskoczenie, stwarzają czytelnikowi pola interpretacyjne. Mikropowieść dzieje się, jak w tragedii greckiej, w jednym dniu, w psychice jednej kobiety. Czytane dziś jej myśli, skojarzenia, refleksje brzmią zadziwiająco aktualnie, co w przypadku powieści napisanej ponad 60 lat temu czyni ją prekursorską. To współczesne czasy uświadomiły nam zjawisko traumy, w latach sześćdziesiątych nic o tym nie wiedziano. Główna bohaterka ma wszystkie cechy ocaleńca pochodzenia żydowskiego. Sama, podobnie jak autorka, wychowała się w zasymilowanym domu, w którym katolicyzm był kultywowany z „okrojonym” judaizmem.
„Słońce dziesięciu linii” jest też powieścią obyczajową z silnymi akcentami erotycznymi. O odwadze obyczajowej Romanowiczowej pisał jeden z pierwszych jej krytyków, znakomity Konstanty Jeleński. Słowo „pożądanie”, co obliczyła autorka posłowia – profesorka paryskiej Sorbony, Hélène Włodarczyk – występuje u Romanowiczowej ponad 45 razy. Odważyła się ona na to, co wówczas było, a i dziś uchodzi za niezwykle trudne: na wspomnienie o seksualnym pożądaniu, które jest immanentną cechą człowieka, kobiety – nawet tej, która jest ofiarą dramatu wojny. Główna bohaterka Nina sięga do przedwojennej przeszłości, rozmyśla o swoim naturalnym dojrzewaniu, o udziale w nim starszego partnera Witolda. Ten proces normalnego rozwoju jest przerwany przez wojnę. Witold rozbudził ją intelektualnie, ale to dopiero Anzelm, miłość poznana już w powojennej Francji, daje jej kobiece spełnienie. Ich relacja dźwiga ślady dramatycznych przeżyć obojga, a krzywda wydaje się być genetycznie wpisana w ludzką kondycję.
Przyznaję, że „Słońce dziesięciu linii” jest lekturą niełatwą, misterną i pełną niuansów, którą zapewne każdy czytelnik może tłumaczyć po swojemu, wymagającą skupienia i uważności, ale wysiłek się opłaca, bo nasze rozumienie świata przeżyć ulega rozszerzeniu. Pisanie Romanowiczowej wiele w nie wnosi. A to rzadka cecha współczesnej twórczości, ale konieczna w dobrej literaturze.
[buybox-widget category=”book” ean=”9788381969710″/]













