Piątek, 26 sierpnia 2022
WydawcaMarginesy
AutorErnest Hemingway
TłumaczenieKaja Gucio
RecenzentBarbara Kramar
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2022
Liczba stron104
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 7-8/2022

Pisanie o nowym przekładzie powieści „Stary człowiek i morze”, którego dokonała Kaja Gucio, okazało się dla mnie ciekawym doświadczeniem. Oficyna Marginesy wydała ten bestseller, wychodząc pewnie z założenia – według mnie słusznego – że ważne publikacje powinny mieć tłumaczenia odpowiednie do czasów, w których żyją ich odbiorcy. Nie wnikam, ile jest polskich przekładów tej nagrodzonej Pulitzerem książki, bo pisząc o „Anne z Zielonych Szczytów” w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej (też w wydaniu Marginesów), z zaskoczeniem dowiedziałam się, że jest ono… szesnaste! Oszczędzę więc sobie kolejnego szoku poznawczego, tym bardziej że nie chodzi tu o ilość, ale nową wartość, jaką te wszystkie tłumaczenia wspólnie tworzą. Wartość ta powstaje dzięki subiektywnemu przeżyciu, jakiego doświadcza każdy kolejny czytelnik-tłumacz, co – nomen omen – przekłada się na użycie przez niego określonych słów i za ich pomocą malowanie scen czy postaci. Wielu tłumaczy jednego dzieła to wiele spojrzeń i zawsze inny kąt widzenia. Niezwykłą przygodą może być czytanie tego samego fragmentu w różnych przekładach – polecam taką intelektualną zabawę. Przypomina ona trochę odgrywanie tej samej sceny ze sztuki teatralnej czy filmu przez różnych aktorów. Nie ma jednego Hamleta, nie ma jednej Podstoliny czy jednego Bonda. Rys aktora, jego ruch sceniczny czy aura psychiczna tworzą za każdym razem inną postać. Ale to jest zawsze Hamlet, Podstolina i Bond. Tyle że gdyby przyjąć, że aktorskie kreacje są jak obrazy w kalejdoskopie – odmienne, choć ułożone z tych samych elementów – to naszym udziałem staje się coraz to inny portret, na przykład pana Zagłoby. Ale to zawsze jest „ten nasz” pan Zagłoba.

Z takim nastawieniem i ciekawością podeszłam do powieści Ernesta Hemingwaya. Przeczytałam ją tym razem nie jako lekturę szkolną, ale teraz, po latach, jako książkę „wolnego wyboru”. Było to już po konfrontacji czytelniczych wrażeń: zderzeniu „Anne z Zielonych Szczytów” z „Anią z Zielonego Wzgórza”. Zderzeniu pouczającemu – dzięki niemu wiem, że XIX-wieczne tłumaczenie jest nadal ukochaną książką mojego dzieciństwa. Jednak ten pierwszy polski przekład, pani Bernsteinowej, mocno pachnie – delikatnie mówiąc – sklepem z antykami; jest jak ukochany sweterek wyjęty po latach z kufra z naftaliną. Mnie zachwyca (przestarzałym) słownictwem, przenosi w inny, zapomniany i przykurzony świat. Tamta Ania jest mi nadal bliska, ale dzisiejszym młodym odbiorcom poleciłabym nowy przekład i przeuroczą Anne. To dzięki tłumaczce – Annie Bańkowskiej łatwiej pokochają rudowłosą marzycielkę, jakich wiele wśród ich rówieśniczek.

„Stary człowiek i morze” w nowym przekładzie pojechał ze mną najpierw nad Bałtyk i spacerował wśród kutrów i mew po szerokiej, piaszczystej plaży. To tam zaskoczyła mnie wielość gatunków ryb i morskich stworzeń, jakie pojawiają się w opowieści Hemingwaya. Tłumaczce należy się za to podziękowanie, bo to ona je dla nas przywołała. Gdy czytałam książkę, siedząc koło bałtyckich wydm, wydało mi się, że zdania są krótsze i prostsze, niż pamiętałam. Taki sposób narracji odczułam jako odpowiedni: dla stylu autora w okresie, gdy tworzył swoje dzieło, oraz dla opisywanej rzeczywistości.

Potem „Stary człowiek” pojechał ze mną nad Adriatyk – razem łowiliśmy ryby, krewetki i mątwy, zwane tam sipami i rozmawialiśmy z rybakami. Patrzyłam na ich ręce, na sieci, na linki i wiosła, a przede wszystkim słuchałam opowieści o połowach, o walce z naturą – morzem i samym sobą. Co ciekawe, ani przez chwilę nie miałam odczucia, że jestem nad innym morzem, że tu są inne historie i inni ludzie. Okazuje się, że bałtyckie kutry i świeżo złowione dalmatyńskie sipy, których atrament barwi risotto na czarno, łączy rybak Santiago, który równie dobrze mógłby nosić imię Piotr lub Petar.

OCEŃ KSIĄŻKĘ