
Książki z gatunku cosy fantasy. Przytulny klimat i powoli rozwijająca się akcja mogą być atutem powieści, jeśli zostaną odpowiednio wykorzystane. Osiągnięcie tego celu jest możliwe za sprawą kreacji świata przedstawionego, jego bohaterów, magicznych stworzeń, zaskakujących wydarzeń i niezapomnianych przygód, które w fantasy odgrywają wielką rolę. S. A. MacLean sobie z tym jednak nie za bardzo poradziła.
Powieść wabi czytelnika magicznymi zwierzętami, przygodą ze szlachetnymi pobudkami w tle i całkiem przewrotną akcją. Szybko jednak okazuje się, że wielość opisów, na które pokusiła się autorka, przytłacza i sprawia, że „Strażniczka feniksa” od samego początku wydaje się zanadto rozwleczona. Pierwsze sto stron tej książki to opis jednego dnia spędzonego w zoo San Tamculo pełnym mitycznych zwierząt, w tym feniksów i smoków. Jeśli wspomnimy podobne kreacje, które już na papierze i w filmie spotkaliśmy (dla przykładu chociażby „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”), całość wypada blado. Do tego bohaterom brakuje głębi, ich osobowości są jednowymiarowe, przewidywalne. Bardzo łatwo zgadnąć, kto z kim będzie miał zażyłe relacje, a z kim stosunki się ochłodzą. Brak elementu zaskoczenia i podążanie za utartymi schematami to zdecydowanie największe minusy powieści MacLean.
Wśród atutów wspomnieć należy jednak niezwykłą pieczołowitość autorki, aby jak najlepiej przelać na papier własne wyobrażenia o mitycznych zwierzętach. W powieści poruszane są też tematy trudności z nawiązywaniem kontaktów międzyludzkich i życia w blasku fleszy, oba wydają się nader aktualne we współczesnym świecie, kiedy coraz więcej czasu spędzamy przed ekranami, zapominając o spotkaniach twarzą w twarz. Skrywamy się za komórkami, tworzymy piękne profile, udostępniamy starannie wybrane kadry, choć nasze życie nie zawsze jest idealne.
Podsumowując: książka ma kilka mocnych stron, jednak nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału.










