
Na początek ostrzeżenie: czytanie na pusty żołądek grozi natychmiastową wyprawą po coś do przekąszenia. Autorka, krytyczka kulinarna, dziennikarka, zabiera czytelników w podróż przez gwarne targowiska, pachnące przyprawami uliczki i niewielkie stragany, gdzie powstają dania będące wizytówką miast i krajów.
Uliczne jedzenie to demokracja kulinarna w najczystszej postaci – smakuje każdemu, kosztuje niewiele i nie uznaje granic. Wpisuje się w codzienne życie i tworzone jest dla wszystkich: mieszkańców spieszących do pracy, turystów poszukujących autentycznych doświadczeń i smakoszy gotowych przemierzyć pół miasta dla idealnego tacos, bao, gofra czy falafela. A obok dań z najodleglejszych zakątków świata znalazły się również krakowskie obwarzanki i pierogi!
Książka doskonale oddaje tę różnorodność i powszechność ulicznego jedzenia. Dzięki lekkiej narracji, pełnej ciekawostek i anegdot, czyta się ją bardzo przyjemnie – od deski do deski (niemal dosłownie, bo okładki wykonano z bardzo grubej tektury), jak i na wyrywki.
Każde opisane tu danie ma swoją historię, związanych z nim bohaterów i miejsce na mapie świata. I oczywiście nie zabrakło przepisów, które zachęcają do kulinarnych eksperymentów.
Pozostaje mieć nadzieję, że żaden współczesny mistrz street foodu nie wróci do XIX-wiecznej praktyki serwowania jedzenia w rożkach skręcanych z… niesprzedanych książek. Jak pokazuje lektura „Cyrano de Bergerac”, literatura bywała kiedyś walutą i dodatkiem do przekąski, ale dziś wolelibyśmy jednak zachować odwrotną kolejność.











