
Monumentalna, tysiącstronicowa księga, która po raz pierwszy gromadzi w jednym miejscu wszystkie opowiadania Pawła Huellego. Dla kogoś, kto Huellego zna głównie z powieści, bo wspomnieć trzeba, że największą popularnością cieszyły się: „Weiser Dawidek”, „Mercedes-Benz” i „Śpiewaj ogrody”, lektura tej antologii będzie świetnym uzupełnieniem znajomości twórczości pisarza.
Krótkie formy, podobnie jak powieści, charakteryzują się zamiłowaniem do pamięci miejsc (zwłaszcza Gdańska), precyzji detalu i narracyjnej, wręcz intymnej prostoty, za którą kryje się emocjonalna gęstość. Co istotne, tom nie serwuje rewolucji w literaturze Huellego: nie znajdziemy tu nieznanych dotąd opowiadań, które miałyby przewartościować albo uzupełnić jego dorobek. To systematyczne złożenie małych arcydzieł w jedną, dojrzałą strukturę.
Oprócz chronologicznego przedruku zbiorów „Opowiadania na czas przeprowadzki” (1991), „Pierwsza miłość i inne opowiadania” (1996), „Opowieści chłodnego morza” (2008), „Talita” (2020), znalazło się tu aż 11 utworów rozproszonych z lat 1984–2020. Ciekawość podsyca fakt, że w tytułach zaznaczono, że dwa z nich opublikowano tylko we fragmentach. Czyżby pisarz miał nas jeszcze zaskoczyć jakąś pośmiertną premierą?
Warto zwrócić uwagę na to, czego paradoksalnie w wydaniu brakuje: tom prezentuje się jako surowy katalog opowiadań, bez wstępu i posłowia krytycznego, które podsumowałyby jeśli nie całą twórczość pisarza, to chociaż prezentowany zbiór. Nota wydawnicza pióra Leszka Rybickiego to stanowczo za mało. Szczególnie że mamy do czynienia z autorem literatury pięknej. Ta antologia otwiera drzwi do bogactwa prozy Huellego, ale nie ma mapy interpretacyjnej, która pomogłaby odnaleźć nowe połączenia między tekstami, prześledzić ewolucję użytych motywów i toposów, co wydaje się kluczowe, zważywszy że dedykowanym odbiorcą tej publikacji są czytelnicy o zainteresowaniach jeśli nie ściśle filologicznych, to na przykład historycznych lub ogólnie rzecz biorąc humanistycznych.
Mimo deszczu nagród w ostatnich dwóch dekadach Huelle zdaje się być spychany do roli pisarza trójmiejskiego, oby „Szczęśliwe dni” odwróciły tę tendencję. Warto czytać go powoli, wers po wersie, by przypomnieć sobie, że literacka wrażliwość potrafi trwać dłużej niż moda.













