środa, 13 lipca 2011
WydawcaZysk i S-ka
RecenzentTN
Miejsce publikacjiPoznań
Rok publikacji2011
Liczba stron224


Słowo „szmoncesy” kojarzy się zwykle z żydowskimi przypowiastkami
tudzież anegdotami, obciążonymi jednakże zwykle dość długą brodą.
Tymczasem w dowcipach Olka Rozenfelda brody, owszem, pojawiają
się, ale tylko wówczas, kiedy bohaterami są chasydzi.
Z jednej strony Mosze, Abraham, Rywka i Sara pozostają Żydami

z krwi i kości (te wszystkie micwy…) i niekiedy podkreślone jest to z całą
wyrazistością (czym różni się żona Chrześcijanka od żony Żydówki?).
Jednakże wiele z przytoczonych tu historyjek mogłoby z równym powodzeniem
dotyczyć tak samo innych nacji.
Rozenfeld to poeta, a zarazem wnikliwy obserwator otaczającej

rzeczywistości. Dlatego owa „powszechność” treści jego dowcipów, jak
również nasycenie przytaczanych tekścików głęboką, niekiedy złośliwą,
a innym razem trochę gorzką czy nostalgiczną refleksją buduje z nich znakomity
międzykulturowy pomost. Jakże potrzebny w pozornie „globalizującym
się” świecie coraz silniejszych, okopujących się nacjonalizmów.
Książkę ilustrują mocno karykaturalne grafiki Franciszka Maśluszczaka.
Aha. I jeszcze jedno. W czasach, kiedy rolę wychowawców przejęła

ulica i komputery może trudno wskazywać jednoznaczny podział na
literaturę przeznaczoną „dla dorosłych”. Ale powiedzmy jasno, sporo
z dowcipów Rozenfelda jest mocno, hm, niekoszernych… Czy cokolwiek
może stanowić lepszą rekomendację?

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ