Wtorek, 6 stycznia 2026
WydawcaOfficyna
AutorFrancis Scott Fitzgerald
TłumaczenieMaciej Świerkocki
RecenzentSebastian Walczak
Miejsce publikacjiŁódź
Rok publikacji2025
Liczba stron208
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 12/2025

Kiedy sięgam po „(Tego) Wielkiego Gatsby’ego” i podczytuję fragmenty, przypominając sobie poszczególne sceny, to jednym ze słów, które ciśnie mi się na usta, jest niedowierzanie. To chyba niemożliwe, że to się wydarzyło w 1925 roku. Te rauty, samochody, rozmowy nowobogackich, panorama West i East Egg, wille z basenami. Przecież dopiero dziś wiele z tych miejsc może być skonfrontowanych z naszymi wyobrażeniami. Jeśli nie mamy willi z basenem, to możemy sobie raz na rok zamieszkać w takim miejscu na wakacjach w Hiszpanii. Kolejny vloger z YouTube’a pokaże nam swoją relację z podróży po Nowym Jorku, nie mówiąc już o koszach pomarańczy, które możemy sobie zamówić wprost do domu lub pofatygować się po nie do pierwszego lepszego supermarketu. A więc magia i urok powieści działają do dziś.

Historia polskich przekładów „Gatsby’ego” jest bowiem historią tego, jak czytaliśmy literaturę obcą, zanim udało nam się wreszcie naprawdę otworzyć okna na świat. Dziś możemy go czytać w trzech wersjach. Pierwszy raz powieść przełożyła Ariadna Demkowska-Bohdziewicz w 1962 roku, potem Jacek Dehnel zrobił to jeszcze raz w 2013 roku, a w stulecie powieści dostaliśmy od Macieja Świerkockiego kolejną wersję, ze zmienionym tytułem „Ten Wielki Gatsby”.

Z kronikarskiego obowiązku należy odnotować, że pojawiały się też inne edycje. Tłumaczenie Jędrzeja Polaka (Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań, 1994) jest znane jedynie bibliofilom z uwagi na znikomy nakład i brak wznowień. Propozycję wydawnictwa Łukasz Tomys Publishing należy traktować jako efemerydę. Jest też wersja wydawnictwa Bellona z 2012 roku; jest ona o tyle warta uwagi, że książka na karcie redakcyjnej nie wskazuje tłumacza, a informuje, iż za opracowanie literackie odpowiada Kazimierz Cap. Analizując oryginał, inne polskie tłumaczenia i tę wersję, najtrafniejsze wydaje się zaklasyfikowanie jej jako adaptacji, a nie spolszczenia.

Stąd też te trzy przekłady (z 1962, 2013 i 2025 roku) należy uznać jako kanoniczne i warte głębszej analizy, bo łączy je wysoka jakość literacka i szeroki krąg odbiorców. Każdy z nich miał inne proprytety, choć wspólnym celem było oczywiście jak najlepsze oddanie dzieła.

Pierwszy przekład, z początku lat sześćdziesiątych, autorstwa Ariadny Demkowskiej-Bohdziewicz, był dzieckiem swojej epoki: czasy ograniczonego dostępu do wiedzy, zamkniętych granic i intuicji zastępującej brak danych sprawiły, że tłumaczka postawiła sobie za cel przetłumaczenie dzieła literackiego, które – z zachowaniem swoich walorów – było zrozumiałe dla polskiego czytelnika.

To, czego nie mogła rozszyfrować, omijała; to, co wydawało się zbyt zakodowane kulturowo, łagodziła. Nie sposób jej tego zarzucać; Fitzgerald pisał powieść gęstą od aluzji, podszytą ironią i świadomą własnej nowoczesności. Jednak w polskim odbiorze przez długie lata pozostawała jedynie cieniem oryginału: nieco wygładzona, nieco oddzielona od świata, z którego wyrosła. Przede wszystkim Demkowska nie mogła dotrzeć do wielu informacji o nazwiskach, tytułach książek wspomnianych w tekście, bo te często były efemerydami, o których niewiele osób pamiętało nawet za Oceanem. Najważniejsze było oddanie świata przedstawionego, jego obrazu, pokazanie tej Ameryki przez duże „A”, tak niedostępnej PRL-owskiemu obywatelowi. Zredukowano tu środki poetyckie, takie jak powtórzenia, kalambury słowne, synestezję (grę kolorami), czy też uładzenie łamanej angielszczyzny Wolf sheima. Nie wybrzmiewa też odpowiednio homoseksualna przygoda Nicka Carrawaya z panem McKee, co zrozumiałe ze względów cenzuralnych epoki.

Być może to wszystko spowodowało, że w wydaniach lat dziewięćdziesiątych i późniejszych „Wielki Gatsby” sprowadzony został do roli taniego romansu: okładki z parami splecionych sylwetek, banalne blurby, żadnych przypisów, komentarzy i troski o kontekst. Gatsby i Daisy jako tragiczni kochankowie, Nick jako narrator, którego w zasadzie można by wymienić na kogokolwiek, a cały świat lat dwudziestych jako dekoracja z tektury falistej. Trudno się więc dziwić, że dla wielu polskich czytelników była to po prostu „opowieść o nieszczęśliwej miłości”, nie zaś powieść modernistyczna, precyzyjna, ironiczna, głęboko krytyczna wobec amerykańskiej mitologii sukcesu.

W 2013 roku Jacek Dehnel tłumaczył (się), że popełnił nowy przekład, gdyż poprzedni po prostu nie oddawał w pełni tych szczegółów. Wskazywał także, że jego poprzedniczka pomijała nazwy, które były niezrozumiałe dla niej i/lub czytelnika, czego nie potępiał, bo Demkowska-Bohdziewicz nie miała do dyspozycji internetu z tak szeroką bazą danych źródłowych. Jego przekład jest poetycki, żywy, dobrze niesie frazę oryginału, czasem nawet prowadzi ją o pół tonu wyżej, tak jakby chciał dodać Fitzgeraldowi nieco powietrza i ruchu. To bardzo udana próba „odświeżenia” powieści, choć nie w pełni filologiczna. Tam, gdzie Fitzgerald zostawia półcienie, Dehnel czasem je doświetla; tam, gdzie brakuje kontekstu, robi to, co może, ale nie wchodzi w archeologię epoki. Za to literacko jest zdecydowanie bardziej udany.

Dopiero w takim kontekście widać, jak ważne jest to, co zrobił Maciej Świerkocki. Jego przekład, dyskretny w tonie, a zarazem niezwykle konsekwentny, działa jak restauratorska praca nad obrazem, z którego zmywa się werniks nie dość uważnych interpretacji. Świerkocki nie zaczepia Dehnela, nie krytykuje wcześniejszych tłumaczeń, nie buduje swojej pozycji na ich potknięciach. Po prostu pozwala, by to sam Fitzgerald przemówił pełnym głosem. Nie jako autor romansu, ale jako pisarz epoki modernizmu, człowiek uważny na ironię, klasowość, tempo zmian, na wulgarną energię amerykańskiej metropolii.

Tłumacz nie brał jeńców i zmodyfikował także tytuł. Oto, jak umotywował swoją decyzję:

„Niniejszy przekład dokłada do niego zaimek wskazujący z trzech powodów – po pierwsze dzięki »temu« stał się trójwyrazowy, podobnie jak w oryginalne (»The Great Gatsby«), po drugie przedimek określony »the« występuje niekiedy właściwie w roli zaimka wskazującego, zwłaszcza gdy mówimy o czymś (lub o kimś) unikalnym, jedynym w swoim rodzaju (…), po trzecie zaś zaimek »ten« pełnić ma w nowym tytule funkcję anaforyczną, głównie w jej odmianie ekspresywnej, nacechowanej emocjonalnie przez narratora, żywiącego dla tytułowego bohatera zarówno podziw, jak i sentymentalne, wspomnieniowe i niejednoznaczne uczucie” [s. 187].

Maciej Świerkocki jest niezwykle precyzyjny w nazwach, w szczegółach, w nawiązaniach do popkultury i kultury wysokiej tamtych czasów. Te wszystkie piosenki, książki, nazwiska celebrytów, modele samochodów, tytuły gazet wreszcie wracają na swoje miejsca. Polskie oko po raz pierwszy dostrzega, że nic w tej powieści nie jest przypadkowe, że Fitzgerald buduje jej sens z drobinek języka i kultury, które przez lata pozostawały poza naszym horyzontem. To przekład, który nie tylko odtwarza tekst, ale odtwarza jego świat, a przez to także jego ironię, jego dwuznaczności, jego gorzki posmak rozczarowania.

Największą zaletą tej wersji jest jednak to, że wreszcie przestajemy czytać „Wielkiego Gatsby’ego” jako romans. Wracamy do powieści o klasach społecznych, o pieniądzach, o aspiracjach i o tym, jak bardzo człowiek może siebie samego okłamać. Wracamy do książki, którą Fitzgerald napisał jako diagnozę, a nie – wyznanie. Tłumacz uważnie i pokornie idzie śladem języka powieści, a my – przez dekady zacofani w czasie – możemy w końcu docenić niuanse trudne wcześniej do wyobrażenia.

Nowy przekład Świerkockiego jest nie tyle kolejną wersją książki, ile wydarzeniem przywrócenia tego, czego wcześniej nie można było zobaczyć. Dopowiada brakujące elementy, odzyskuje kontekst, buduje przestrzeń, w której polski czytelnik może naprawdę zrozumieć, o czym ta powieść jest. A do tego przywraca książce rangę – nie poprzez efekciarstwo, ale poprzez skrupulatność i troskę o szczegóły. To „Gatsby”, który oddycha powietrzem tamtej epoki i błyszczy jej światłem, to „TEN Wielki Gatsby”. Jay wreszcie wraca do domu, choć ten dom stoi po drugiej stronie oceanu.

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ