Sobota, 14 marca 2026
WydawcaFiltry
AutorMaciej Hen
RecenzentMarytka Czarnocka
Miejsce publikacjiWarszawa
Rok publikacji2025
Liczba stron312
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 2/2026

Pozwolę sobie rozpocząć od wyznania: ilekroć sięgam po książkę, w której autor zapowiada powrót do dzieciństwa, odczuwam pewną obawę. Wspomnienia bywają bowiem jak rodzinne albumy – cenne dla właściciela, lecz dla postronnego oka nie zawsze zajmujące. A jednak „Tratwę z pomarańczami” Macieja Hena czytałam z rosnącą uwagą, przekonując się, że pamięć, jeśli jest poddana pracy myśli, staje się materią literatury, a nie tylko sentymentu.

Autor podejmuje temat ryzykowny: pisze o własnym dorastaniu, o domu, którego centralną postacią był ojciec – znany pisarz, Józef Hen. Łatwo byłoby tu popaść w ton pomnikowy. Tymczasem Maciej Hen wybiera drogę trudniejszą: próbuje zrozumieć. Nie rozliczyć, nie zdemaskować, nie obalić, lecz zrozumieć człowieka, który był jednocześnie ojcem i postacią publiczną, kimś bliskim i kimś nie do końca dostępnym.

Jest w tej książce coś, co szczególnie cenię, czyli powściągliwość. Autor nie epatuje intymnością, nie sprzedaje rodzinnych sekretów. Raczej buduje opowieść z drobiazgów: z rozmów, półtonów, spojrzeń, z atmosfery mieszkania, w którym literatura była nie tyle zawodem, ile żywiołem. Dorastanie w takim domu musiało być doświadczeniem osobliwym. Z jednej strony duma, z drugiej – ciężar. Bo jak odnaleźć własny głos, gdy w sąsiednim pokoju powstają książki podpisane nazwiskiem już rozpoznawalnym?

A przecież „Tratwa z pomarańczami” nie jest opowieścią o rywalizacji. To raczej historia dojrzewania do własnej odrębności. Autor pokazuje, że syn pisarza nie musi ani powtarzać jego drogi, ani jej gwałtownie odrzucać. Może płynąć obok, na własnej tratwie, z własnym ładunkiem doświadczeń.

Wielka historia – ta przez duże H – pojawia się tu jak tło pejzażu. PRL nie jest sceną patetycznych wystąpień ani czarno-białą planszą ideologiczną. Jest przestrzenią codzienności: wyjazdów, ograniczeń, rozmów prowadzonych półgłosem, marzeń większych niż dostępne możliwości. I w tym właśnie tkwi siła tej książki. Autor nie upraszcza przeszłości do formuły „czasów słusznie minionych” ani nie idealizuje jej w duchu nostalgii. Pokazuje, że można było żyć w systemie ułomnym, a jednak przeżywać dzieciństwo jako czas intensywny, formujący, niekiedy szczęśliwy.

Tytułowa tratwa wydaje mi się metaforą nader trafną. Tratwa to konstrukcja prowizoryczna, zbita z tego, co akurat pod ręką, a jednak zdolna utrzymać człowieka na powierzchni. Taką tratwą bywa rodzina. Bywa nią także pamięć, niepełna, niekiedy chwiejna, lecz pozwalająca przeprawić się przez rwący nurt czasu. A pomarańcze? Dla pokolenia dorastającego w PRL były czymś więcej niż owocem. Były obietnicą świata, zapachem świąt, chwilą luksusu w rzeczywistości na co dzień skromnej. W tym sensie stają się symbolem dzieciństwa – słodkiego, lecz nietrwałego.

Czy jest to książka głośna? Nie. Czy prowokuje do sporów? Zapewne nie w takim stopniu, jak czynią to dziś publikacje programowo zaczepne. A jednak ma walor, który w literaturze cenię nade wszystko: skłania do namysłu. Nad relacją ojca i syna, nad dziedziczeniem pamięci, nad tym, jak bardzo jesteśmy utkani z cudzych opowieści.

W epoce, w której chętnie wydajemy wyroki na przeszłość, Maciej Hen proponuje rzecz bardziej wymagającą – próbę zrozumienia bez łatwego usprawiedliwienia i bez taniego oskarżenia. I być może właśnie dlatego warto wejść na tę tratwę. Nie po to, by podziwiać egzotyczny ładunek, lecz by przekonać się, że każdy z nas płynie przez życie z podobnym bagażem: z historią rodzinną, z pamięcią, która bywa ciężarem i ratunkiem zarazem, oraz z kilkoma pomarańczami, których smak pamiętamy dłużej, niż byśmy się spodziewali.

[buybox-widget category=”book” ean=”9788368180619″/]

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ