
Tajemnicza, odległa, niedostępna kraina
na dachu świata, o tradycjach
i kulturze tak bardzo odmiennych od europejskich,
że aż niezbyt zrozumiałych
w naszej części świata. Tybet. „Dziki,
przerażający, pusty, ustawicznie nękany
lodowatym wiatrem, ale w swej wielkiej
samotności… wspaniały. I bogaty w wartości
duchowe swojego społeczeństwa” –
pisze Elżbieta Sęczykowska. I odkrywa
przed czytelnikami jego sekrety, niedostępne
dla zwykłego turysty.
„Tybet” nie jest jednak turystycznym
przewodnikiem po krainie niezwykłości.
To wciągająca i pasjonująca opowieść,
a zarazem zaproszenie do mistycznej podróży.
Marzenia o wyprawie zaszczepiły
w autorce wspomnienia Alexandry David-
Neel, pierwszej kobiety – lamy, Heinricha
Harrera, który spędził siedem
lat w Tybecie oraz Ferdynanda Antoniego
Ossendowskiego. Ten ostatni był niezmordowanym
poszukiwaczem prawdy
o mitycznym królestwie Agharty i dowodów
potwierdzających pobyt Jezusa
w Tybecie. I wreszcie udało się! Elżbieta
Sęczykowska odbyła kilka podróży do
wymarzonej krainy i to przed dwudziestoma
laty, kiedy zdobycie zgody na wjazd
do Tybetu i dokumentowanie życia jego
mieszkańców było bardzo trudne. Posiadając
list polecający od Dalajlamy, miała
szansę uczestniczyć w ceremoniach zastrzeżonych
wcześniej tylko dla mnichów
lamajskich, poznać życie jednego z pięciu
najważniejszych klasztorów w Tybecie –
Kumbum, którego ołtarz wykonany jest
z… masła i wziąć udział w obchodach tybetańskiego
Nowego Roku. Wędrując po
ośnieżonych przełęczach, smagana przejmującym
zimnem, na swojej drodze spotykała
gościnnych, przyjaznych ludzi, pasterzy,
lamów, pustelników, wędrownych
szamanów, mistrzów magii i okultyzmu
oraz eleganckie Tybetanki. Miała też
okazję doświadczyć magii tybetańskiej
medycyny, chociaż ani tego nie planowała,
ani też nie chce powtórzyć i pewnie
nikomu nie życzy. Jedna
z wypraw odcisnęła swoje piętno na jej
życiu, nie tylko dzięki mistycznym doznaniom.
W trakcie oddawania się swojej
fotograficznej pasji niemal otarła się
o śmierć. Spadła z wysokiego klifu, upadek
skończył się na szczęście tylko pokiereszowaną
twarzą. „Czy to miała być kara
za nonszalancję i igranie z życiem? (…)
Może to karmiczne przeznaczenie, konieczne
doświadczenie panicznego lęku,
żalu, straty i odejścia przed spełnieniem.
Doznanie niewyobrażalnego przerażenia.
Dotknięcie śmierci” – pyta retorycznie.
Swoje podróże opisała piórem i aparatem
fotograficznym.
W Tybet widziany oczami Elżbiety
Sęczykowskiej pozwalają wniknąć przejmujące
fotografie, zamieszczone obficie
w publikacji. Dają czytelnikowi pewne
wyobrażenie o krainie tybetańskich lamów,
budzą zachwyt pięknem i odmiennością
przedstawionego świata.











