
Wszystkich, którzy chcieliby uciec na widok tej zielonej okładki, ponieważ niestety obejrzeli serial na Netfliksie, proszę o zaufanie. Jest to bowiem naprawdę świetna powieść i… sama autorka zrobiła jej krzywdę, przysposabiając na telewizyjny ekran w taki sposób, by z przejmującej ironii, z jaką opowiada nam swoją historię bohaterka, zrobić komedyjkę, pełną zbędnych gagów i farsowo zagraną przez skądinąd wybitną aktorkę, Rachel Weisz.
Niby mniej więcej wszystko się zgadza. Trafiamy na jeden z amerykańskich uniwersytetów, a tam na małżeństwo pary znanych i cenionych literaturoznawców, wykładowców akademickich z raczej starszego pokolenia, bo dobiegających sześćdziesiątki – nauczycieli dwudziestolatków i rodziców trzydziestokilkuletniej córki. W ten sposób Julia May Jonas przedstawia nam trzy pokolenia, które zajmą całkiem inne stanowiska wobec tego, co się właśnie stało. A stało się, że John zostaje oskarżony przez sześć byłych studentek o nieodpowiednie zachowanie…
Panoramiczny obraz świata w czasach po #MeToo spaja wątek tytułowego Vladimira. Jest przystojniakiem w wieku córki bezimiennej bohaterki, nowym wykładowcą literatury na tym uniwersytecie i przyjeżdża z żoną, specjalistką od książek wspomnieniowych, oraz trzyletnią córeczką. Vladimir stanie się obiektem pożądania naszej profesorki, która sama o sobie pisze, że jest już stara, zwiędła i w ogóle „postklimakteryjna kreatura”… I tu już w ogóle rzecz nie zgadza się z serialem, ponieważ Rachel Weisz jest wciąż piękną i bardzo atrakcyjną kobietą 50 plus, więc widzowi umyka cały egzystencjalny aspekt upływu czasu, który najczęściej lepiej obchodzi się z podstarzałymi mężczyznami. John, jej mąż, nie zmuszał żadnej ze studentek, by się z nim umówiły na kawę i nie tylko…
Bo siła tej powieści leży w tym, że nikt tu ostatecznie i jednoznacznie nie jest ofiarą stosunków męsko-damskich i międzypokoleniowych, nikt nie jest bez winy, a kategoria winy jako takiej jest dość szeroka i nie zawsze odpowiednio używana: wszyscy mają swoje racje, wady i zalety. Do bohaterki przychodzi delegacja studentek, które radzą profesorce, by nie trzymała strony męża, bo nie musi! Ona go nie broni, aż tak to nie, po prostu długo wcale się na ten temat nie wypowiada, mają za sobą dekady wspólnych lat, studentki nie wiedzą, bo nie mogą wiedzieć, co to oznacza dla ludzi w związku. Oboje mają też od lat umowę na… związek otwarty, a bohaterka miała kiedyś romans z obecnym dziekanem wydziału, do którego idzie z prośbą i szantażem ujawnienia starych maili miłosnych, by ten przesunął posiedzenie rady wydziału na później, a wtedy zawieszony w pracy John zdąży bezpiecznie przejść na emeryturę.
Zawiesić chcą także… samą bohaterkę jako „żonę gwałciciela”, choć ona ocenia, że żadnych gwałtów nie było, w każdym razie za niepopełnione przez nią winy, mimo że sama pracuje właśnie na inną winę, wymyślając zdumiewającą intrygę, by zdobyć przystojnego, żonatego Vladimira. Ta intryga i cały wątek jej pożądania młodszego kolegi staje się w serialu nachalnym motywem przewodnim i choć można zrozumieć, że twórcy postanowili schlebić niewybrednym gustom widzów, to jednak żal, bo problematyka powieści – i jej wielostronne oświetlenie – z powodzeniem wypełniłaby cały film.
Świetnie wybrzmiewają tu i czasy, w których „trzeba strasznie uważać, żadnego wsparcia z zarządu, żadnej pomocy, wszystkim rządzą studenci i to, że studenci niczego tak nie uwielbiają jak gadać o swoim stanie psychicznym” (choć przecież jest to przywilej młodości, podobnie jak restrykcyjne, bezwzględne osądy), i rozważania o przejściu od rewolucji seksualnej do myślenia o seksie jako traumie, i „wtłoczenie w stereotypową rolę skrzywdzonej żony”, co ciekawie kontrastuje z opowieścią o związku lesbijskim córki bohaterki, albo ze stwierdzeniem, że „zawsze znajdzie się jakaś część nas, której pozwalamy na zbyt wiele”… Jest też o pisarskiej zazdrości (oboje, i bohaterka, i Vladimir, mają na koncie powieści) i o czytelnikach, „którzy chcą, by książki same ich wciągały”. I choć jest to oczywista kpina z czytelniczego lenistwa, trzeba przyznać, że autorce się to udało, jej powieść – może nie z dwóch najwyższych półek, ale reprezentująca dobrą literaturę tzw. środka – wciąga nas sama.
Zapewne też dlatego, że wciąż chcemy z bohaterką dyskutować, bo każdy z nas ma swoją wizję świata. „Selekcja była nieodłącznym elementem życia akademickiego” – opowiada nam na przykład – „bo uniwersytet to miejsce, w którym każdy student może się rozwijać i zostać zauważonym. Musieliśmy wybierać jednych studentów kosztem innych i te wybory sprawiały więcej bólu, przynajmniej moim zdaniem, niż erotyczne fiksacje podstarzałego profesora”. Taka Florence, jej koleżanka z wydziału, ze swoją „obsesją na punkcie męskich nadużyć seksualnych”, wywiozłaby ją za to z kampusu na taczce.













