
Znana poetka dla dorosłych i autorka utworów dla dzieci zaprezentowała siebie tym razem od zupełnie innej strony. Zbiorek „W lustrze na opak” zawiera krótkie opowiadania typu groteska i humoreska odnoszące się do naszej rzeczywistości. Nie są to jednak utwory polityczne, dlatego czytelnik nastawiony na szyderczą satyrę obejmującą jedną z czołowych dwóch partii politycznych – lub obie – albo znanych działaczy partyjnych i państwowych, jak to się onegdaj pisywało, i wycelowanych w nich złośliwy humor, po prostu się zawiedzie. Humoreski, niektóre realistyczne, inne groteskowo przerysowane, a jeszcze inne o zabarwieniu baśniowym, dotyczą człowieka jako takiego i jego przywar. Człowieka zamkniętego w lokalnej mikrospołeczności gminy wiejskiej lub kamienicy w mieście i będącego uczestnikiem absurdalnych działań społecznych lub indywidualnych. Ale nie wszystkie są zabawne, a w każdym razie nie skłaniają do beztroskiego, niepohamowanego śmiechu, ale raczej do uśmiechu politowania połączonego z westchnieniem nad tym, co bliźni robią z sobą samymi oraz z uciekającym czasem.
Bohaterką utworu „Przez okno” jest stara kobieta, wdowa od 30 lat, która nigdy nie czytała książek, a na górnej półce regału umieściła kupione na bazarze trzy tomy z grubymi grzbietami i pozłacanymi brzegami, żeby wyglądało „inteligentnie”. Kobieta mieszka w maleńkim mieszkaniu z wysokim sufitem, w przedwojennej kamienicy, w której żyje tylko kilkanaście osób. Dni spędza przy oknie i obserwuje sąsiadów. Swoje spostrzeżenia zapisuje w szkolnym zeszycie, a są one chociażby takie: pies doktorowej narobił na trawnik w dniu i o godzinie takiej a takiej, z dokładnością do minuty, trzeba donieść o tym administracji. Albo – elegancik z teczką wyprowadza z garażu samochód marki opel. Niby samotny, a sprowadza sobie „dziwki”. Ciekawe, skąd ma pieniądze? Trzeba sprawdzić, czy to nie jakiś mafioso, zapisujemy. I tak dalej. Bohaterka opowiadania zaprasza do siebie koleżanki emerytki i częstuje ciastem własnej roboty. I opowiada o swoich pracowicie wypełnionych dniach, o tym, co zaobserwowała i jakie wnioski wyciągnęła. A koleżanki słuchają z wypiekami na twarzy. Ach, jak bohaterka czuje się wtedy ważna.
Są również utwory wykraczające poza ściany mieszkania. Chociażby ten, w którym włodarz wioski omijanej przez turystów postanawia ożywić atmosferę i w centrum buduje publiczny szalet z erotyczną muzyką. Otwarcie następuje bardzo uroczyście, z udziałem orkiestry strażackiej i lokalnych oficjeli. Ale za skorzystanie trzeba zapłacić, i to słono, i biznes zaczyna chwiać się w posadach, dlatego inicjatorzy wpadają na iście szatański pomysł z udziałem miejscowego restauratora… Albo „Konkurs”, w którym leśne owady i ptaki ogłaszają muzyczno-wokalną rywalizację. Dostojne jury, w składzie Mucha Owocowa, Mucha Końska, Osa oraz Komar (przewodniczący), po burzliwej debacie ogłasza wynik. Jaki?
Książeczka ma atmosferę retro i wdzięk staroświeckości. Jest w tym coś z opowiadań Sławomira Mrożka, a także Jerzego Afanasjewa, Jana Kazimierza Siwka czy Antoniego Marianowicza. Wydawca twierdzi, że również z Marka Twaina, ale to już chyba skojarzenie zbyt daleko idące. „W lustrze na opak” przypomina za to urok humoresek z nieistniejących już tygodników, takich jak „Karuzela” i „Szpilki”, niegdyś bardzo popularnych, a dzisiaj zapomnianych.














