
Piętnasta, ostatnia opublikowana za życia autora książka to zbiorek złożony z czterech małych esejów słynnego neurologa, profesora amerykańskiego uniwersytetu Columbia.
Kiedy powstawały te relacje intymne o meandrach starczej, niknącej pod ciężarem choroby egzystencji – co miało miejsce w ostatnich dwóch latach z 82-letniego w sumie istnienia Sacksa na planecie Ziemia – piszący swe końcowe słowa posiadał pełną świadomość, że przychodzi chwila, kiedy należy zdać rachunek. Nie ma wszelako ani grama narzekań, dominuje ton z lekka elegijny, bez płaczliwości. Składając w zbiorek teksty kończące aktywność pisarską, Sacks stara się dostrzegać pozytywy wynikające z nieuchronnie postępującego czasu odchodzenia, z owych kilkunastu miesięcy kończących egzystencję. Przy czym w każdym tekście daje się dostrzec najpierw między wierszami, później w przekazie wprost postępujące nasilenie nowotworowej choroby; jeśli w otwierającym zbiór eseju „Rtęć” jeszcze dość swobodnie obchodzi się Sacks z własnymi dolegliwościami, stara się ich nie „wyolbrzymiać”, to już w dwóch kolejnych miniwykładach („Mój żywot” oraz „Moja tablica okresowa”) rozważania o istnieniu coraz bardziej zaplatają się z myślami o tym, co jest Tam, choć dodać trzeba, że Sacks nie wierzył w życie pozagrobowe. O jego postawie w dużym stopniu traktuje ostatnie wyznanie, czyli esej czwarty („Szabat”). Profesor opowiada w nim o własnej rodzinie, ortodoksyjnie żydowskiej familii mieszkającej i uprawiającej medycynę w Anglii, o krewnych, o konsekwencjach własnych homoseksualnych upodobań, wreszcie o pogodzeniu się – choć w zasadzie zgoda dotyczy ziemskiego wymiaru egzystencji – z bliskimi. Prowadzi rozważania zmierzające do jakiejś wstrzemięźliwej zgody na akceptację obowiązującego w rodzinie judaizmu. Choć i tak na religię spogląda wyrozumiale z ostatniego skrawka życia.
„Wdzięczność” da się przeczytać w godzinę czy dwie, oczywiście jeśli ślizgać się po powierzchni tomu.
Warto wspomnieć o istnieniu wielu wybitnych książek poświęconych par excellence starości, również u nas nie byle jakich, że wspomnę późne utwory Jarosława Iwaszkiewicza, Jarosława Marka Rymkiewicza, a zwłaszcza Ryszarda Przybylskiego. Wyznania Sacksa można wszelako potraktować jako skrócony poradnik zachowań w obliczu starczych słabości i wobec umierania. Polecam wgryzienie się w te minieseje; wiadomo, że Sacks szlifował z uporem każdy akapit, każde zdanie, każde słowo. Efekt okazał się wart wysiłku pisania, deszyfracja czytelnicza przynosi sporo satysfakcji.
Podkreślić warto staranność polskiego edytora, zresztą publikującego książki Sacksa od zawsze. „Wdzięczność” wydana została w twardej oprawie, z fotogramami, w uważnym przekładzie.













