
Robert Szmidt zwrócił moją uwagę powieściami z gatunku science fiction – cykl „Pola dawno zapomnianych bitew” już tytułem zapowiadał lekko ironiczne podejście do fabuły, wrzucał dozę cynizmu, a do kosza pakował fiction pełną idealizmu Lemów, Asimovów czy innych Strugackich. Kolejne książki potwierdzały moje pierwsze odczucia – ten autor mi się podoba, próbuje pokazać świat, nawet ten fikcyjny, bez przebarwień. (Już chciałem napisać „taki jaki jest”, ale to przecież fantastyka…) Wartka akcja, wyhamowanie tam, gdzie trzeba, dobre dialogi, zaskakujące zwroty, ciekawe rozwiązania. Cliffhangers, a jakże, dobra narracja się bez nich nie obejdzie. Czy pierwszy kryminał Szmidta wyszedł mu równie udany?
Tak i nie. Pisany wartko, częściowo w godce, jako że akcja osadzona jest w miejscowości nad Przemszą, rzeką wyznaczającą granicę między Śląskiem a Zagłębiem, dwoma obszarami wciąż pełnymi animozji, co autor zręcznie wykorzystuje, uwiarygadniając przy tym zachowania policjantów. Bo nie tylko dochodzi do tarć (i starć) między nimi podczas codziennych zajęć, związanych z rozwojowym śledztwem w sprawie seryjnego mordercy, ale i ujawniają się – rzadkie na szczęście – potyczki z polityką w tle. Szmidt nieźle skonstruował fabułę, tyle że mało przekonująco pokazał powody działania mordercy. Niby to zemsta, ale bardzo wydumana. Ponieważ jednak zakończenie jest ewidentnie zawieszone, można się spodziewać nowych rozwiązań. Ale to bydzie fulonie.














