
Bohater „Żarłoka” wydał mi się tak dziwaczną i nieprawdopodobną postacią, że zacząłem szukać jego śladów w różnych portalach – czy faktycznie mógł się gdzieś taki dziwak uchować? Mógł, sama Wikipedia poświęca mu niemało stron, bardzo szczegółowo dokumentując jego życie. Na tyle szczegółowo, że autorce wystarczyło ów opis przepisać własnymi słowami, „pięknym językiem, [pełnym] fantasmagorycznych obrazów” (trafne spostrzeżenie recenzentki „Guardiana”), ubarwić fabułę, dodać postaci wyimaginowane, ale potrzebne w narracji i bingo, przed czytelnikiem historia Hannibala Lectera czasów francuskiej rewolucji (też nie moje określenie; pożyczam, bo pasuje).
Wszystkożerny i nienasycony Tarrare, pierwowzór tytułowego żarłoka, urodził się w okolicach Lyonu w 1772 roku (aktu urodzenia nie znaleziono, pewnie go zjadł), zmarł 25 lat później, w szpitalu w Wersalu (nie, nie była to pałacowa infirmeria). Był mocno osłabiony, tracił przytomność – obwiniał swoją żarłoczność, miał bowiem połknąć wcześniej złoty widelec, który zaklinował się w jelitach i nie pozwalał mu trawić równie szybko i skutecznie co kiedyś. A trawić mógł wszystko – nie był wybredny, nieustający głód pchał go w kierunku śmietników (ach, odpady, cóż za smak!), łapał i połykał żywcem małe zwierzęta (kot, ryba, kura, zaskroniec – bez znaczenia). Gdy armia francuska chciała wykorzystać jego oryginalny system trawienny do przemycania szpiegowskich informacji (detale w książce, fuj), na próbę posadzono go za stołem, by przekonać się, ile jest w stanie zjeść – wchłonął „na jeden raz” posiłek przeznaczony dla 15 osób.
Był prostakiem, przygłupem, typem w gruncie rzeczy odrażającym – niewysoki, chudy, wręcz wychudzony, ze sterczącym kałdunem i wyjątkowo pojemną gębą: mógł ponoć wepchnąć do ust tuzin jajek. Śmierdział niepowstrzymaną sraczką, puszczał bąki, bekał. Nie potrafił nic, łaził więc po wsiach i miasteczkach z trupą doliniarzy i dziwek, zabawiając gapiów swym nienasyceniem. Blakemore łączy kropki oficjalnego życiorysu, wypełnia białe plamy (bo zostało ich oczywiście sporo), bardzo plastycznie, sugestywnie pokazuje go wśród żołnierzy, na alzackiej wsi, w szpitalu, gdzie Tarrare zatrważa swą odpychającą biografią naiwną młodą zakonnicę. „Jezus to największa pociecha dla każdej skołatanej duszy”, pociesza go siostra Perpetua. Wstręciuch śmieje się w odpowiedzi: „Większa niż jedzenie, jebanie, jeremiady?”. Tyle że jego życie koncentrowało się niemal wyłącznie na jedzeniu, żarciu, poszukiwaniu pożywienia. O reszcie zapominał, dopiero na szpitalnym łóżku przyszło mu do głowy, że było w życiu coś jeszcze poza napełnianiem brzucha.













