
Za górami, za lasami leży miasto, z którego kiedyś była godzina drogi nad morze. Mówi się, że ktoś nazwał je Z. Mieszka tam sporo wrażliwców, czasem niewysłuchanych, czasem samotnych, czasem zabawnych. Nikomu nie można odmówić wyjątkowości – każdy trochę skrzywiony, z własną historią swego życia, którą należałoby dobrze spisać w jednej książce. Spisać, wydać z twardą okładką w Czarnym i nic, tylko czytać, czytać i czytać…
„Zmartwychwstanki”, czyli 160 stron dziesięciu nierównych opowiadań. W zbiorach zawsze występuje różnica poziomów, jednak tutaj to kwestia wyboru między „bardzo dobrym” a „znakomitym”. Dorota Grabek ma bogatą wyobraźnię. Sentymenty dzieciństwa? Brak zrozumienia? Halucynacje bezsennych nocy mężczyzny? Historie dobrze wyważone – nie nazywają wprost, jednocześnie nie pozostawiając niedomówień. Takie prowadzenie bez wskazywania sprawia przyjemność własnego odkrycia wyczuwalnych zamiarów pisarki. Nawet jeśli sam temat jest bardziej typowy, to wtapia się we wrażliwe spostrzeżenia o bohaterach oraz ich relacjach, a włączając metafory oryginalne, ale bez przerafinowania, wszystko razem tworzy coś znakomitego.
Na pochwałę zasługuje subtelny sposób, w jaki autorka połączyła opowiadania w jeden świat. Ci, którzy w swoich historiach są głównymi postaciami, w pozostałych nie znikają, lecz zaczynają spacerować po trzecim planie: siedzą w kącie baru, prowadzą taksówkę albo idą przez park. Dzięki temu można czytać pojedyncze teksty, ale wszystkie razem dają więcej niż tylko sumę składowych.
Ostatni tekst pod tytułem „Muzeum wstydliwych sekretów” wprowadza pojęcie „grudek wyjątkowości”* . Dorota Grabek potrafi spojrzeć na człowieka wielowymiarowo, brak tu wytartych stereotypów, ta proza ma w sobie coś bardzo humanistycznego. W kontraście do swoich mieszkańców, świat w mieście Z. jest dość zwyczajny. Nawet gdy sytuacje są niejednokrotnie niezwykłe, na granicy surrealizmu, tak jak np. w „Mrowisku”, nie nazwałbym ich surrealistycznymi. Choć istnieją zjawiska nadprzyrodzone, nie czuć atmosfery dziwności. Wydają się one po prostu częścią tego świata. Napięcie fantazja-codzienność w zbiorze „Zmartwychwstanki” jest rozwiązane bardzo zręcznie – nie przyznaje się tu pierwszeństwa ani żyjącym figurkom, ani neoliberalnemu deweloperowi, który za pieniądze z budowy mega osiedla ostatnio kupił sobie wyspę.
Za górami, za lasami, leży miasto, z którego kiedyś była godzina drogi nad morze. Mówi się, że Dorota Grabek nazwała je Zmartwychwstanki. Losy paru mieszkańców spisała w jednej książce nowatorską techniką strumienia czułości. I nic, tylko czytać!
* „Jak bardzo pragnąłeś mieć coś do powiedzenia! Niczym poszukiwacze złota odkryć w sobie ten deficytowy towar, małe grudki wyjątkowości”, D. Grabek, „Zmartwychwstanki”, Czarne, Wołowiec 2025, s. 162.










