
Będę szczera – nie tego spodziewałam się po książce
o tak, w gruncie rzeczy, trywialnym tytule. Ileż
to już prześledziliśmy opowieści na temat tego, że
ktoś znalazł miłość i szczęście, żyje sielsko anielsko
wśród bujnych winorośli, między cyprysami
a słonecznikami, pod gorącym słońcem tego czy
owego regionu Italii… Z twórczością Julii Blackburn
zetknęłam się kilka lat temu, czytając świetnie
skreśloną przez nią biografię Billie Holiday. Jej
najnowsza wydana po polsku książka z pewnością
zapadnie mi w pamięci. To pewien rodzaj pamiętnika, w którym kobieta
zapisała uchwycone strzępy myśli. Na temat liguryjskiej przyrody,
a szczególnie popielic, które zamieszkały w szczelinie ściany jej i jej
partnera domu, ale też pogody, krajobrazów, wędrówek po górach
i nocowaniu pod gołym niebem. Język, którym opisuje to, co widzi, co
ją otacza, jest plastyczny, pobudzający wyobraźnię, poetycki.
Największe wrażenie robią spisane przez nią opowieści mieszkańców
małej osady. W większości są to już starzy ludzie, które pamiętają
czasy drugiej wojny światowej. Otwierają się przed Angielką i zdradzają
skrywane na samym dnie serca tajemnice, mówią o wojennej traumie,
o głodzie, wyzysku, brutalnych faszystach plądrujących ich domy. Przeczytamy
o tym, że dzieci karane były piciem oleju rycynowego, jeśli nie
wykonały faszystowskiego pozdrowienia, a Mussolini zbierał od mieszkańców
rondle, by je przetopić na broń potrzebną w Abisynii.










