
Szanowny Panie Jacku,
nie jestem tak wprawnym i błyskotliwym polemistą jak Pan – moje pióro służy na co dzień raczej chłodnej analizie przepisów i cyfr niż literackim szpadom. Przyjmuję jednak Pana zaproszenie do wyłożenia kart na stół, bo w tej dyskusji chodzi mi o coś znacznie ważniejszego niż erystyczne punkty: o przyszłość całego rynku książki.
Obawiam się jednak, że w Pana ostatnim tekście po raz kolejny pomylono pretensje do konkretnych domów wydawniczych z prawami ekonomii, które rządzą całym ekosystemem kultury.
Zarzuca Pan tradycyjnym wydawcom, że „porzucają backlisty” i podpisują niekorzystne umowy. Będę pierwszym, który przyzna Panu rację: polski rynek książki cierpi na patologie, niskie zaliczki i brak długofalowej troski o katalogi. Tylko czy remedium na błędy systemu ma być jego demontaż?
Doceniam i szanuję dotychczasowy dorobek Unii Literackiej. To, co Stowarzyszenie zrobiło dla uświadomienia autorom ich praw, wdrożenia standardów umownych czy walki o osłony socjalne dla twórców, jest nie do przecenienia. W wielu tych sprawach profesjonalni wydawcy i pisarze mówią zresztą jednym głosem.
Szkoda jednak, że w walce o uzdrowienie rynku Unia Literacka i środowiska autorskie tak rzadko decydują się na krok najbardziej konstruktywny: budowę systemowych mechanizmów certyfikacji, np. znaku „Rzetelny Wydawca”. Gdyby organizacje twórcze, we współpracy z branżą, premiowały i promowały oficyny przestrzegające dobrych praktyk, terminowych rozliczeń i uczciwych stawek, rynek zacząłby oczyszczać się sam. Uczciwi wydawcy – ponoszący ogromne koszty etycznej pracy – nie byliby wówczas wrzucani do jednego worka z patologiczną konkurencją. Zamiast tego wolą Państwo krytykować cały tradycyjny model wydawniczy en bloc.
Żąda Pan „listy imiennej” debiutantów sfinansowanych z zysków z bestsellerów. Księgowość nie stawia pieczątek na banknotach z jakiego tytułu pochodzą, ale ekonomia jest nieubłagana. W oficynie wydającej rocznie kilkadziesiąt tytułów, absolutna większość projektów wydawniczych – w tym niemal wszystkie debiuty, poezja, trudny esej czy specjalistyczna literatura naukowa – bilansuje się na zero lub przynosi bezpośrednią stratę. Rachunki za druk, korektę, redakcję, skład i dystrybucję tych deficytowych książek opłacane są z jednego źródła: z marży wygenerowanej przez nieliczne pozycje z czołówek list sprzedaży.
Ta „lista debiutantów”, o którą Pan pyta, to po prostu spis wszystkich książek, które ukazały się na rynku, mimo że z góry było wiadomo, iż nie zarobią na swoje utrzymanie. Spójrzmy chociażby na dorobek oficyn o profilu historycznym i popularnonaukowym, takich jak Bellona – przez lata to właśnie w tym modelu szanse na debiut i dotarcie do szerokiego odbiorcy dostawali młodzi adepci historii, badacze czy lokalni popularyzatorzy wiedzy. Bez stabilnego zaplecza i krzyżowego finansowania infrastruktury wydawniczej, dziesiątki takich niszowych, edukacyjnych projektów nigdy nie trafiłyby do księgarń. Gdyby wydawcy kierowali się czystym rachunkiem ciągnionym dla każdego tytułu osobno – tak jak proponuje model autorski – te książki po prostu by nie powstały.
Zbudowali Państwo markę własną pracą i talentem – co do tego nikt nie ma wątpliwości. Ale ta marka dojrzewała i docierała do czytelników poprzez infrastrukturę, promocję, sieć dystrybucji i ryzyko finansowe podejmowane przez lata przez tradycyjne oficyny.
Pora zatem na Pana „karty na stół”.
Skoro Spółka Autorska Heca ma być „pierwszym fairtrade’owym wydawnictwem nad Wisłą”, które udowodni, jak powinien działać sprawiedliwy rynek: czy Heca przeznaczy marżę z Pańskich wznowień na wydanie nieznanego debiutanta, którego książka przyniesie 15 tysięcy złotych straty? Czy wydadzą Państwo tomik poetycki bez przelicznika na natychmiastowy zwrot z inwestycji?
Jeśli tak – ze szczerego serca będę Państwu kibicować. Jeśli jednak Heca pozostanie wyłącznie ekskluzywnym klubem dla uznanych nazwisk obracającym gotowym kapitałem popularności, to prosimy nie mylić udanego przedsięwzięcia biznesowego z reformą rynku. Wolność gospodarcza jest Państwa niezbywalnym prawem. Ale odpowiedzialność za całość ekosystemu – w tym za tych, którzy dopiero stoją w kolejce do debiutu – wciąż spoczywa na tych wydawcach, których tak łatwo sprowadza Pan do roli „doicieli”. A oni do sprawnego systemu potrzebują także mocnych autorów i bestsellerowych tytułów.
Wydawanie książek to bowiem coś znacznie więcej niż sprawna dystrybucja gotowego produktu komercyjnego. To misja kulturotwórcza, stwarzanie przestrzeni dla dyskusji naukowej, promocja wiedzy i ciągłe ryzyko podejmowane po to, by głosy nieznane i trudne w ogóle mogły zostać usłyszane. Bez tej odpowiedzialności pozostanie nam jedynie sprawny handel – ale zniknie kultura.
Zbigniew Czerwiński












