Wtorek, 13 sierpnia 2019
Trzecia część bestsellerowej sagi Nataszy Sochy

Natasza Socha nie lukruje rzeczywistości. Nie tworzy ku uciesze gawiedzi – swoimi książkami budzi niepokój i wybija ze strefy bezpiecznego komfortu. Z wrodzonym sobie wdziękiem wkłada kij w mrowisko i każe zastanowić się nad kondycją dzisiejszego świata. Seria z przekornym (Nie) w tytule poddaje bolesnej wiwisekcji największe współczesne fetysze – pozorność relacji międzyludzkich, kult piękna i młodości wreszcie.

Starość przeraża dzisiejsze społeczeństwo tak bardzo, że ludzie starają się ją ukryć, opóźnić, a wreszcie, gdy nie przynosi to rezultatów – odseparować starszych, coraz mniej zaradnych ludzi. Z tego właśnie powodu wielu z bohaterów powieści trafia do domu spokojnej starości Hebe.

Problem ze starością polega częściowo na tym, że nie lubi ona samej siebie. Nie przepada też za towarzystwem podobnym sobie. Nagromadzenie starych ludzi w jednym miejscu, jest zdecydowanie najgorszym pomysłem z możliwych.

Starość rozrzucona wśród niemowląt, nastolatków, ludzi przed trzydziestką lub krótko po czterdziestce, między dojrzałymi i wchodzącymi powoli w rolę babć i dziadków, wydaje się być mniej zauważalna. Skumulowana na kilkuset metrach kwadratowych uderza swą nieporadnością, zagubieniem i niezdarnością. Tak jakby ktoś zapędził w jedno miejsce dopiero co narodzone źrebaki i przyglądał się ich ciamajdowatości. Klarysa dokładnie tak się czuła.

 

W Hebe splotą się losy kilku postaci, którze dorzucać będą swój głos w dyskusji między starością a młodością. Siedemdziesięcioczteroletnia Klarysa zostaje umieszczona tu przez swojego kochającego wnuczka i pragmatycznego syna, po tym, jak wywołuje wypadek samochodowy i zaczynają się u niej ujawniać pierwsze oznaki demencji.

Problem w tym, że Klarysa nie czuje się stara, a przynajmniej nie chce tak się czuć, a niechęć do ludzi, wśród których przyszło jej spędzać czas powoduje rozgoryczenie. Według niej samej do nich nie pasuje. Próbuje buntować się przeciw społecznemu ostracyzmowi każącemu starszym ludziom usunąć się na margines życia i nie pragnąć już niczego. Nie chce przyjąć do wiadomości, że w pewnym wieku czegoś „nie wypada” lub „nie powinno się”.

Starość zakradła się do ciała Klarysy nie tylko podstępnie, ale i w wyjątkowo wyrachowany sposób. Po prostu pewnej nocy zdjęła z niej sukienkę młodości i założyła coś, co nowej właścicielce wcale się nie spodobało. Wygniecione płótno. Wygniecione do tego stopnia, że żadne żelazko nie było w stanie rozprostować zmarszczek i fałd. Klarysa się buntowała. Miała siedemdziesiąt cztery lata w dokumentach i co najmniej trzydzieści mniej w głowie. Nosiła kombinezon straszej pani, ale jej wnętrze ciągle chciało śpiewać.

I tańczyć.

Właściwie to przede wszystkim tańczyć.

 

Trzydziestojednoletnia Marta zaczyna pracować w Hebe jako opiekunka mająca aktywizować staruszków i zachęcać ich do brania udziału w różnych zajęciach, żeby nie gnuśnieli w łóżkach. Sęk w tym, że nie cierpi starych ludzi – napawają ją lękiem, a niekiedy wręcz obrzydzeniem.

– Ciesz się, że jeszcze mam stare znajomości. I że szukają kogoś do pomocy. (…)

Dom starców? – ocknęłam się nagle. Ale ja nie lubię starych ludzi! Będą mnie szczypać, pluć w moją stronę, zaczepiać i obrażać. Będą zaciskać buzię, kiedy spróbuję ich nakarmić i sikać bez zapowiedzi w łóżko. Będą się mnie czepiać i robić wszystko na złość.

– (…) Twoim zadaniem ma być pomoc w motywowaniu ich do wykonanywania różnych zajęć, które tę chorobę nieco opóźnią. I które pomogą im się skupić na czymś innym. Resztę powie ci Marianna. Zresztą nie powinnaś chyba marudzić, prawda? W twojej sytuacji każda praca jest ważna. Ciesz się, że możesz liczyć na pomoc innych, nie każdy ma tyle szczęścia. A na przyszłość staraj się być bardziej odpowiedzialna.

I tak właśnie znalazłam się w Hebe. Nie wiem co gorsze. Sklep pełen wibratorów czy dom wypełniony starością, której miesza się w głowie. Satynowe kajdanki czy pieluchy dla dorosłych.

Marta nie ma jednak zbyt wielkiego wyboru po tym, jak straciła stworzony wraz z „przyjaciółką” salon kosmetyczny, kiedy ta sprzedała wszystko i zostawiła ją na lodzie. Co prawda pracuje również na pół etatu w sex-shopie, ale to nie wystarcza, aby przeżyć. Chcąc nie chcąc musi zajmować się starszymi ludźmi. Nie przypuszcza, że mogłaby kiedykolwiek to polubić, jednak tylko do momentu, kiedy pozna Klarysę. Mimo, że początek ich znajomości nie należy do wymarzonych, od pierwszego momentu coś między nimi iskrzy.

– To moje miejsce – te słowa wypłynęły z Klarysy niemal odruchowo, jak tylko zobaczyła na ławce jakąć obcą młodą osobę z blond kucykiem. Osoba ta również paliła, co próbowała ukryć, chowając papierosa pod ławką i robiąc zdziwioną minę.
– Yhhhy – powiedziała po chwili. – To chyba nie jest prywatny park?
– Może nie. Ale ja odkryłam to przejście i tę ławkę.
– No najwyraźniej ja też – zauważyła opryskliwie dziewczyna.
– Spadaj – wyrwało się Klarysie, co mocno wtrząsnęło ją rozmówczynią.
– Słucham?
– Spadaj stąd. Już się dzisiaj wystarczająco nasłuchałam tego kretyna w żółtym garniturze, który kazał mi kreślić ósemki w powietrzu i żreć mięso. Chcę zostać sama.
– Mówisz o trenerze personalnym?
Klarysa obrzuciła ją morderczym spojrzeniem.
– Jesteśmy na ty?
– Nie wiem – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Jesteśmy? Ty powiedziałaś do mnie „spadaj”, a nie „proszę, niech pani spada”. Poza tym tu są wszyscy na ty. Tak mi powiedziano.
Klarysa ze świstem wypuściła powietrze.
Harda, pyskata gówniara.
– Co tu właściwie robisz?
– Pracuję w Hebe.
– Od kiedy? – zdumiała się Klarysa. Kompletnie nie kojarzyła jej twarzy. Nawet trochę ją to przeraziło. Czyżby zaczynała zapominać jak wyglądają pracownicy domu?
– Od przedwczoraj. Trzy razy w tygodniu. A ty?
– Ja tu mieszkam – odetchnęła z ulgą. Dobra. Nie musiała jej pamiętać.

– O, to najwyraźniej jeszcze nie raz się spotkamy.
Klarysa przygryzła wargę.
– Ale wolałabym żebyś tutaj nie przychodziła. I zabieraj tego papierosa spod ławki. Ja też palę, ale nie rzucam petów na ziemię.
– Rzuciłam, bo mnie wystraszyłaś. A przychodzić będę. Możemy wywieszać tabliczkę „Zajęte”, co ty na to? – Klarysie wydawało się przez moment, że dziewucha wyciągnęła w jej kierunku język.
– Spadaj stąd – powtórzyła raz jeszcze.
– Dobra, idę. Ale nie pozbyłaś się mnie stąd na zawsze. Poza tym pewnie powinnam ci powiedzieć, że palenie w twoim wieku jest szkodliwe. Ale masz to gdzieś, co?
Klarysa zamachnęła się ręką.
– Nie gdzieś, tylko w dupie – oznajmiła podniesionym tonem, a następnie ostentacyjnie wyjęła paczkę papierosów i zapaliła dwa jednocześnie. Dziewczyna tylko się roześmiała.

 

Początkowa niechęć przeradza się stopniowo w coraz większą ciekawość i kiełkującą nieśmiało sympatię. Kiedy na scenę wkroczy jeszcze Benedykt ze swoimi zajęciami tańca terapeutycznego, zrobi się naprawdę interesująco, a życie w domu starców nabierze rumieńców.

Ale najpierw był wtorek i poszłam na zajęcia taneczne, choć trzydzieści razy zastanawiałam się czy to na pewno dobra decyzja. Coś mnie jednak ciągnęło, pewnie na własnej skórze chciałam się przekonać, co znaczy spontaniczna choreografia. Trochę się głupio czułam, więc stanęłam z tyłu.

– Będziesz z nami tańczyć? – zaczepiła mnie Celestyna.
– Uhm – bąknęłam niewyraźnie,
Jezu, co ja tu robię?
Tym razem nie było jakichś rytulanych podskoków, ani dzikich okrzyków. Każde z nas dostało kolorową chustę i miało ją traktować jak partnera do tańca. Wyjątkowo krępujące. Przytulać się do kawałka szmaty?

– Wykorzystajcie magię muzyki i wyraźcie siebie.

Niby jak? Najgorsze było to, że większość mieszkańców Hebe, która przychodziła na te zajęcia, w ogóle nie miała z tym problemów. Po prostu zamykali oczy, przez minutę, dwie wsłuchiwali się w dźwięki, a potem zaczynali poruszać się do ich rytmu. Nie wstydzili się, nie krępowali siebie nawzajem. Byłam chyba jedyną osobą, która czuła się tu mało komfortowo. A przecież nikt na mnie na patrzył. Nikt mnie nie oceniał i nie komentował tego, co robię.

– Tak naprawdę to każdy z was jest tancerzem. Nie ma dobrego lub złego sposobu wykonywania ruchów, jest tylko swoboda w odkrywaniu tego, kim jesteście i jak się poruszacie. Połączenie muzyki, jej przepływu przez wasze ciało i płynności w ruchach jest indywidualne, więc nie można oceniać go w kategoriach lepszy czy gorszy – powiedział Benedykt i spojrzał w moją stronę.

 

Zamknęłam w końcu oczy i przytuliłam policzek do niebieskiej chusty. Próbowałam wczuć się w muzykę, oddać jej nastrój i zrobić dokładnie to, o co poprosił ten chłopak. Nie czułam się jednak swobodnie i nagle tej właśnie swobody i naturalności pozazdrościłam starym ludziom. Fajnie nie mieć oporów przed pokazaniem innym własnych emocji. Fajnie jest tak po prostu zatracić się w tańcu i nie przejmować kompletnie tym, co pomyśli o tobie stojący obok człowiek.

 

Marta powoli zacznie dostrzegać w nielubianych dotąd staruszkach ludzi wraz z ciekawymi historiami ich życia, pasjami i pragnieniami. Kiedy po raz pierwszy zobaczy tańczącą Klarysę, dla której taniec jest częścią jej jestestwa po prostu oniemieje. Przestanie być dla niej Staruszką, stanie się człowiekiem z cudownym wnętrzem.

Dyskusje z tą sarkastyczną, a jednocześnie niezwykle przenikliwą i mądrą kobietą uświadomią dziewczynie, że błędnie oceniała starość i tak naprawdę niewiele się ona różni od młodości.

 

Jasne. Marta była młoda, więc łatwo jej było machnąć ręką na ewentualną kompromitację. Uznałaby, że to bez znaczenia, pomartwiła się chwilę i zajęła czymś innym. Przywilej młodości. Szybkie zmiany nastrojów i swoboda nonszalancji. Z drugiej strony tak właśnie powinno być chyba ze starością. Łatwość w zapominaniu nieprzyjemnych sytuacji. Obojętność na ludzką głupotę. A jednak boli. Może dlatego, że człowiek chciałby chociaż przez moment być akceptowanym w stu procentach, bez względu na wiek, wygląd i stopień pomarszczenia. Już sama starość jest średnio przyjemna, więc po co katować ją dodatkowo krytyką?

– Ja to ci nawet zazdroszczę – powiedziała nagle Marta.

– Czego?

– Właśnie tej odwagi. Wiem, że trochę się boisz, ale ja pewnie umarłabym ze strachu. Że się skompromituję, że będą się ze mnie śmiać. A ty pewnie za chwilę uznasz, że to bez znaczenia, pomartwisz się trochę i zajmiesz głowę czymś innym. Przywilej starszych ludzi. Szybkie zmiany nastrojów i swoboda nonszalancji. Bo w końcu niczego już nie musisz nikomu udowadniać.
Klarysa zastygła w z kanapką w dłoni. Czy to nie były dokładnie jej myśli? Tylko wyartykułowane w drugą stronę? Czy to możliwe, że starzy i młodzi myślą jednak podobnie
i boją się podobnych rzeczy? Czyli co? Nie ma różnic międzypokoleniowych? Pewnie nie. Przynajmniej jeśli chodzi o akceptację, miłość i poczucie bycia potrzebnym.

 

Okaże się, że prawdziwa przyjaźń i zrozumienie nie maja metryki, a starość może podarować młodości wiele więcej niż można by przypuszczać.

 

O autorce:

Natasza Socha – dziennikarka, felietonistka, a dziś przede wszystkich autorka bestsellerowych powieści. Pochodzi z Poznania,  ale mieszka w małej miejscowości pod Akwizgranem, gdzie na pełen etat wychowuje syna i córkę, a na pół etatu pisze książki, które od lat podbijają serca czytelniczek. Bystra obserwatorka o niebanalnej osobowości i nieco sarkastycznym poczuciu humoru, którym zaraża swoje bohaterki. „Macocha”, „Maminsynek”, „Biuro przesyłek niedoręczonych”, seria „Matki, czyli córki”, „Troje na huśtawce” Czy „Mgły Toskanii” „Pokój kołysanek” to literatura kobieca najwyższej próby, która zniesie konkurencję takich autorek jak Fannie Flagg czy Jojo Moyes.

 

 Dane wydawnicze:

Edipresse Książki | ISBN 9788381771139 |s. 344 | Cena: 39,90 | Premiera: 14.08.2019

ebook | Cena: 27,90 | Premiera: 14.08.2019

Edipresse Książki we współpracy z PRL Studio: audiobook mp3 | Cena: 34,90 | Premiera: 14.08.2019

 

Źródło: Edipresse