Czwartek, 4 kwietnia 2024
WydawcaZakamarki
AutorUlf Stark
TłumaczenieKatarzyna Skalska
RecenzentMaria Kulik
Miejsce publikacjiPoznań
Rok publikacji2023
Liczba stron144
Tekst pochodzi z numeru MLKMagazyn Literacki KSIĄŻKI 3/2024

Jakże bardzo brak nam tego wspaniałego pisarza, który jak mało kto potrafił łączyć śmiech i łzy, pisząc o sprawach ważnych w pasjonujący sposób. Na szczęście zmarły pięć lat temu Ulf Stark pozostawił po sobie dużą i różnorodną spuściznę dla czytelników w różnym wieku. Wszystkie jego książki ukazują się na polskim rynku dzięki wydawnictwu Zakamarki, zawsze w świetnym tłumaczeniu i ze znakomitymi ilustracjami.

Książki Starka to nie tylko fabuła, ale też emocje i relacje, zwłaszcza międzypokoleniowe, w tym przypadku między dziadkiem i wnukiem. Głównego bohatera, Ulfa, znamy z poprzednich utworów („Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy’ego”, „Mój przyjaciel szejk w Stureby”, „Mój przyjaciel Percy, Buffalo Bill i ja”). Czytelnicy podczas lektury poznali też dom na wyspie, gdzie mieszkają dziadkowie, oraz dzielnicę Stureby, w której mieszka Ulf i jego koledzy (w tej dzielnicy wychował się również autor), tam też znajduje się dom opieki dla osób starszych, który pojawia się w książce „Czy umiesz gwizdać, Joanno?”.

Znamy już chłopca i jego rodzinę, ale „Uciekinierzy” nie są prostą kontynuacją trylogii o Stureby. Na pierwszy plan wybija się dziadek, w poprzednich tomach postać drugoplanowa, a teraz to on będzie głównym bohaterem. Mieliśmy już okazję przekonać się, że jest to człowiek impulsywny i nawykły do rządzenia, a jego relacje z ludźmi są trudne. O ileż trudniejsze będą teraz, gdy babcia nie żyje, a on sam, po ciężkich wypadkach, leży w szpitalu, zdany na łaskę pielęgniarek! Grubiański i obelżywy sposób bycia, przekleństwa i wyzwiska wobec personelu nie ułatwiają szpitalnego pobytu. Jego rodzony syn, ojciec małego Ulfa, też niechętnie odwiedza swojego ojca, który nie chce zaakceptować swojej ograniczonej sprawności oraz faktu, że nie może już mieszkać sam w pustej chacie na wyspie.

Punktem zwrotnym w akcji powieści staje się udana ucieczka ze szpitala i podróż na wyspę, gdzie nadal stoi własnoręcznie wybudowany dom, nadal można napalić w piecu i popatrzeć na wodę, a w piwnicy ocalał ostatni słoik dżemu borówkowego. Nie chcę się rozwodzić nad samym przebiegiem ucieczki, licznymi kłamstwami i nieoczekiwanymi sojuszami – niech czytelnik drży z niecierpliwości!

Ta noc w dawnym domu (ostatnia, jak się okazuje) jest pożegnaniem z całym życiem i pomaga obu bohaterom pogodzić się z rozstaniem. To jedyne w swoim rodzaju doświadczenie czyni dziadka bardziej przyjaznym do świata, co z zachwytem i zdumieniem stwierdzają jego syn i pielęgniarki. Kiedy Ulf siedzi przy łóżku zasypiającego dziadka i słyszy jego spokojne pochrapywanie, wydaje mu się, że włączone zostały silniki, aby odpłynąć w daleki rejs.

Rzadko mi się zdarza mieć w ręku książkę, która tak stawia pytania egzystencjalne. Poruszanie takich delikatnych tematów nie jest wszak domeną dorosłych, wręcz przeciwnie. To właśnie dzieci zadziwiają nas często swoją dociekliwością i odwagą. Kiedy Ulf pyta, czy można kochać kogoś, kogo nie ma (nawiązuje tu do postaci nieżyjącej babci), dziadek kwituje to słowami „Zamknij się, smarkaczu!” – w jego języku to jest potwierdzenie. Obaj zastanawiają się, co jest po tamtej stronie, mając nadzieję, że tam będzie właśnie ona, której tak mało uczucia okazywał, gdy jeszcze byli razem. Obserwując powolne odchodzenie dziadka, chłopiec myśli o tym, ile dobrego udało im się zrobić podczas wyprawy do dawnego domu.

To niezwykle ciepła i wzruszająca książka, przepojona „lindgrenowskim” duchem, jest w niej i humor, i łzy. Nie bez powodu autor był trzykrotnie nominowany do nagrody ALMA (Astrid Lindgren Memorial Award), zaś ilustratorka, Kitty Crowther, jest jej laureatką. To właśnie ilustracjom poświęcam ten ostatni akapit. Widać wyraźnie ślad kredek, mimikę i nastrój. Ilekroć patrzę na takie ilustracje, przypominają mi się prace naszych starszych artystów, należących do „polskiej szkoły”. Zawsze wtedy zdaję sobie sprawę, że nie są istotne wymyślne programy graficzne w komputerze, najważniejsze to odważna kreska i wrażliwość serca. Na koniec warto dodać, że wydawca zadbał o staranną edycję: książka ma twardą okładkę, górna kapitałka i zakładka są w tym samym kolorze – jakież to ważne z punktu widzenia kształcenia estetycznego! Życzę wszystkim radosnych i różnorodnych wzruszeń!

Podaj dalej
OCEŃ KSIĄŻKĘ