Wtorek, 20 maja 2014
Proza
Idę. A pola winne przede mną, za mną, po lewicy i po prawicy. Idę, ocieram pot z czoła, choć słońce nisko już na niebie, wciąż jest gorąco, duszno, parno i muchy latają nisko, bzycząc namolnie, przysiadając co chwila na moich mokrych od potu włosach, jakby chciały wyssać ze mnie te słone krople. Wymachuję zabawnie rękoma na wszystkie strony, odganiając namolne muchy. Wielka pomarańczowa tarcza słońca łagodnie oświetla winne pola – krótkie, powyginane, rozczapierzone lub pojedyncze czarne konary krzewów, z których odrastają poskręcane zielone gałązki przyozdobione listkami i zielonymi, niedojrzałymi jeszcze o tej porze roku okrągłymi owocami. Zielone twarde kulki na krzakach odbijają słońce, są wilgotne, dopiero co spadł krótki, trwający może dwie, może trzy minuty ciepły deszczyk, a teraz krople parują, a chmury znów zbierają się na deszcz, być może większy, być może nawet idzie na burzę, choć jeżeli tak, to jeszcze nie prędko. Winorośle posadzone w równych rządkach wiją się wśród wzgórz Jeruzalem, przedzielone brązowymi pasami skopanej ziemi i zielonymi pasami trawy. Obwiązane, by pięły się wyżej, oddzielone od drogi poskręcanym kolczastym drutem, który przyczepiono do metalowych metrowych palików. Przede mną serpentyną w dół schodzi piaszczysta droga, jasna ziemia, drobinki piachu, które przyklejają mi się do butów, wilgotne kryształki odbijają wieczorne słońce. W oddali czerwone dachy domów. W oddali zieleń niewysokich drzew, zapewne owocowych sadów, kryją się tam wśród liści jabłka i śliwki, i słodkie bonkrety, zdaje mi się nawet, że czuję ich zapach, wciągam głęboko w płuca powietrze, jest mi rześko. Idę winną drogą, vinską cestą, zaczynając szlak od vinskiego hramu w Jeruzalem, murowanego domu z czerwoną dachówką, ze świeżo wybielonymi ścianami, z pomalowaną na żółto podmurówką, z oplecionymi winoroślą zacieniami. Rozgdakane stadko kur biegnie donikąd, biegnie, wzbijając kurz, trzepocąc nielotnymi skrzydłami, gubiąc drobne pióra, puch zaledwie. W vinskim hramie zaopatrzyłem się w pierwszą butelkę wina – słonecznie delikatne, muszkatowe, smakujące kwiatami i miodem, strudzony drogą, unoszę połyskującą w pomarańczowych, coraz bardziej czerwonych promieniach flaszkę, przytykam do ust i chciwie pociągam, a strużki zimnego jeszcze dzięki chłodowi piwnicy, winnego płynu ściekają mi po brodzie, ciekną po czarnej bluzie, nie brudząc, znacząc jedynie tymczasowy winny szlak na ubraniu, szlak, który zaraz wyschnie. Leniwy kot zdaje się mnie żegnać, przygląda się niby od niechcenia, lecz czujnie, strzyże uchem, unosi do pyszczka łapkę, ślini ją i przeciera popielate futro na czole, jakby też chciał zetrzeć pot, choć on nie trudzi się jak ja, siedzi w cieniu winorośli, obserwuje mnie i drażniące nas muchy. Lekki wiatr, który teraz powiał, właściwie jeden podmuch, poruszył długimi białymi wibrysami. Kot prychnął i odwrócił głowę, zaciekawiony czymś, czego nie mogę dostrzec, może gdzieś tam po gałązce winnej przemyka mała zielona jaszczurka, a może to owad zwrócił jego uwagę, nie dowiem się tego, bo idę dalej wijącą się w dół drogą, w stronę najbliższej chaty, której dach i komin widzę z odległości dzielącego nas dystansu – może dwóch, może trzech kilometrów. Żółta metalowa tabliczka wsparta na dwóch krótkich słupkach informuje: Veliki Brebrovnik, równie dobrze mogłoby tam być wypisane: Koniec Świata, bo czym jest Veliki Brebrovnik, jeśli nie końcem świata właśnie? Czy znajduje się na mapie? Czy jest punktem w nawigacji GPS? Czy to miejsce odwiedza listonosz, poborca podatkowy, czy dojeżdża tu czasem radiowóz, czy ludzie tu się rodzą, czy umierają, czy tylko przechodzą na winnej drodze, mijają żółtą blaszaną tablicę, którą widać, że niedawno tu ustawiono, bo farba błyszczy w słońcu i nie ma ani śladu rdzy, mijają i jak ja myślą: jeżeli ten Brebrovnik jest Wielki, to w takim razie czy jest też jakiś Mały Brebrovnik? Czy jest coś mniejszego niż Wielki Brebrovnik? A jeśli nie ma, bo jak może być, skoro ten Brebrovnik to raptem dwie opustoszałe, rozsypujące się chałupy przy drodze, to dlaczego ktoś nazwał go wielkim? Przed szarym domem z szarymi od brudu oknami, z jedną wybitą kamieniem szybą, z zapadającym się dachem, przed tym domem jest bardzo zaniedbany ogród. Od zardzewiałej furtki do drzwi nie prowadzi żadna ścieżka. Chwasty, wysokie na ponad metr pokrzywy, pojedyncze złowrogo wyglądające badyle ostu i brzęczące osy, a może szerszenie, odstraszają przed próbą naciśnięcia zardzewiałej klamki i wdarcia się na zakazany, lecz nie zapomniany teren Wielkiego Brebrovnika. Na teren, który jak każda przestrzeń kryje swoje tajemnice, swoje historie, być może radości, może smutki, może dawne lęki schowane gdzieś na dnie szuflad butwiejących komód, gdzieś w kwaśnym zapachu zapleśniałych szmat, może w zapluskwionym, obrastającym grzybem materacu. Brzęczenie owadów i kolce ostu zniechęcają mnie, omijam Wielki Brebrovnik, schodzę w dół piaskową ścieżką, w dół w stronę czerwonej dachówki, bo tu, w Brebrovniku, który szczyci się być Wielkim, dach ma ten sam szary kolor, co ściany i okna, dach, którego nie widać z daleka, który zlewa się w jedność z zielenią krajobrazu – owocowych drzew, pokrzyw i zadbanych, równo obsadzonych winnic. Popijam łyk muszkatowego wina i cieszę się słońcem. Idę dość raźno, choć dzień chyli się ku końcowi, nie czuję zmęczenia. Już widzę ogrodzenie gospodarstwa pani Ratek. Przed domem wielka drewniana beczka otoczona czerwonymi żelaznymi obręczami, na niej metalowa tabliczka z winoroślą oraz informacją: Vinogradniška kmetija. I, ku mojemu zdumieniu, adres: Mali Brebrovnik. To ładne miejsce, do którego szedłem wśród winnych upraw, to właśnie jest ten hipotetyczny Mały Brebrovnik, a zatem to miejsce istnieje, być może nie na mapie, nie w nawigacji, ale jest wyraźnie wypisane drukowanymi literami na sporych rozmiarów tabliczce. Pani Metka Ratek z Małego Brebrovnika wita mnie przy furtce. To jest świeżo pomalowana i świeżo naoliwiona furtka, za którą usypana białymi kamykami ścieżka prowadzi przez zadbany ogród ku gospodarstwu. Dom wybielony, w drewnianych oknach ukwiecone zasłonki czerwona dachówka zdaje się żarzyć w zachodzącym słońcu. Pani Metka Ratek prowadzi mnie ku zacienionej ławie, dającą przyjemny chłód konstrukcję z drewnianych bali obrasta winorośl, na szczycie jednego z pnączy przysiadł niewielki żółto-czerwony ptaszek, wierci się i ćwierka, czyszcząc piórka. Dotarłem z Jeruzalem do Małego Brebrovnika, choć nie miałem pojęcia, że jest na ziemi jakikolwiek, nieważne, czy Mały, czy Wielki Brebrovnik. Dotarłem tu, choć nie Brebrovnik, lecz karafka zimnego białego Sauvignon mnie tu przywiodła, opalizująca w zachodzącym słońcu karafka, którą pani Metka Ratek z uśmiechem stawia przede mną, obok stawia kryształowy kieliszek, ociera wilgotne dłonie w kraciastą serwetę uwiązaną u kraciastej spódnicy. Podaję jej dwie monety i delektuję się lekko kwaskowym smakiem, delektuję się ożywczą soczystością wina, jego zapachem, tym, jak mieni się w pięknie ociosanym szkle. Pani Ratek z dumą pokazuje mi dyplomy i medale, ja zaś z radością i szczerym uznaniem chwalę zasoby jej chłodnej, ale pięknie wybielonej piwnicy, w której pleśń osadza się jedynie na starych dębowych beczkach, w których pani Ratek trzyma swoje płynne skarby cenniejsze niż złoto, bo więcej przyjemności sprawia ich bliskość. Cóż za cudowne miejsce, Mali Brebrovnik, miejsce, o którego istnieniu pojęcia nie miałem, miejsce, w którym słońce chowa się w kielichu wina, wciąż daje jednak dość ciepła i dość światła, bo dzień jest długi, bo to początek lata. Ze szczęścia, którym jestem przepełniony, z tej nieposkromionej radości, chwytam w pół panią Metkę Ratek, chwytam ją w pasie, na którym zawiązaną ma kraciastą serwetę, i okręcam ją wokół siebie. Śmiejemy się razem, ona puszcza do mnie filuternie oko, ja wznoszę kryształowy puchar na jej cześć, chwaląc raz jeszcze zawartość piwniczki. Na drogę kupuję flaszkę, Modri Pinot, rubinowa ciecz, która cieknie mi po dłoniach, po brodzie, po szyi, nektar, w którym zawarte są wszystkie smaki zimnej piwniczki – to smak pajęczej sieci, smak starego dębu, smak wysuszonych na rodzynki zagubionych owoców winnego grona. Idę, …
Wyświetlono 25% materiału - 1219 słów. Całość materiału zawiera 4878 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki