Niedziela, 14 września 2008
Rozmowa z Jerzym Leszkiem Okuniewskim, prezesem Książnicy Polskiej
CzasopismoWiadomości Księgarskie
Tekst pochodzi z numeru56


Od jak dawna Przedsiębiorstwo Hurtowo-Detaliczne ?Książnica Polska? sprzedaje podręczniki szkolne? Czy była i jest to oferta całoroczna, czy tylko sezonowa?

Od dawna. Gdy w lipcu 1967 roku rozpoczynałem pracę w byłym olsztyńskim Domu Książki, w asortymencie księgarń były obecne podręczniki szkolne. Od chwili powstania ?Książnicy Polskiej?, tj. w lutym 1992 roku, również w asortymencie księgarń ? chociaż nie wszystkich ? znajdują się podręczniki. Pełną całoroczną ofertę posiada właściwie jedynie księgarnia wydawnictw edukacyjnych, językowych i muzycznych w olsztyńskim ?Centrum Książki?.

Jaki procent całego obrotu stanowią dla Państwa podręczniki?

Udział podręczników w obrotach handlowych firmy z roku na rok maleje ? w obecnym roku nie przekroczy 12-13 proc. rocznej wartości sprzedaży. Po stronie dochodów ten udział jest jeszcze mniejszy i wynosi zaledwie kilka procent. Podręczniki zaczynają więc w bilansie handlowym ?Książnicy Polskiej? stanowić margines, chociaż rozkład wielkości tego udziału w poszczególnych księgarniach jest oczywiście zróżnicowany według zasady: im większa księgarnia, tym mniejszy udział tego asortymentu w jej obrocie. Dodam, że żadna z naszych księgarń nie prowadzi skupu i sprzedaży podręczników używanych.

Czy i od jak dawna ?Książnica? stosuje różnego rodzaju zachęty skierowane do szkół?

Zacznijmy od tego, że w moim rozumieniu sprawy podręczniki obecne na rynku księgarskim dotychczas nie są objęte żadną reglamentacją i ograniczeniami sprzedaży. Posiadają takie same atrybuty jak inne książki obecne w księgarniach (podobne warunki dostaw, ceny zbytu, hurtowe i detaliczne, marże, prowizje itp.). Podlegają więc tym samym zasadom obrotu handlowego, promocji, marketingu i reklamy jak pozostałe wydawnictwa, a także powodują takie same konsekwencje w przypadku, gdy nie zostaną sprzedane (ograniczenie lub stała albo czasowa utrata płynności finansowej, rosnące zapasy, dezaktualizacja podręcznika, straty finansowe itp.). Jestem księgarzem, ale też handlowcem i menedżerem, a celem firmy, którą kieruję ? dodajmy firmy działającej na otwartym rynku ? jest uzyskiwanie jak największej sprzedaży oraz maksymalizacja dochodów i zysków, a misją ? tanie, szybkie i sprawne zaopatrzenie uczniów w to, co im jest niezbędne do edukacji szkolnej.

?Książnica?, analogicznie jak inni uczestnicy obrotu podręcznikowego, stosuje różnego rodzaju zachęty skierowane do uczniów, rodziców i szkół. Są to z reguły rabaty gotówkowe i tzw. zamienniki rzeczowe, ale też świadczenie pomocy szkole w jej edukacyjnych działaniach, fundowanie nagród dla uczniów itp.

Czy stosowanie tego typu zachęt mogło być w Państwa przypadku niezgodne z prawem?

Działalność ?Książnicy? prowadzę zgodnie z przepisami prawa, a zwłaszcza ustawy o prowadzeniu działalności gospodarczej. Ustawa o systemie oświaty, na którą powołują się moi adwersarze, dotyczy dyrektorów szkół, a nie wolnej działalności gospodarczej. Segment rynku podręcznikowego, jak i cały rynek książki, powinien być rynkiem wolnym i otwartym. I takim też w swej istocie jest, bo po pierwsze ? podręczniki szkolne docierały i docierają do uczniów poprzez bardzo szeroką sieć dystrybucji i sprzedaży: wydawców, hurtownie, księgarnie oraz, mnożące się przed kolejnymi sezonami szkolnymi, sezonowe księgarnie i inne punkty sprzedaży książek. Znaczna część owych dystrybutorów prowadzi działalność w powiązaniu ze szkołami. Po drugie ? w owym łańcuchu licznych dostawców, pomimo rozmaitych obostrzeń i ?powielaczowych? zaleceń władz oświatowych, wiele szkół aktywnie włącza się (i bardzo słusznie) w proces zaopatrzenia uczniów w podręczniki. Podręczniki szkołom oferują zarówno wydawcy, jak i hurtownicy, ale przede wszystkim księgarze, skłaniając szkoły do zakupu przy pomocy rozmaitych zabiegów marketingowych, rabatów, upustów, gadżetów, darowizn itp., które to zabiegi nie mają nic wspólnego z korupcją. Prasa centralna i lokalna, a także branżowa często przytaczają opisy tych działań. Jest to rezultat rynkowej pozycji podręczników szkolnych. Analogiczne działania cechuje przecież rynek pozostałych książek, głównie tzw. kolorówki. Oczywiście mogą mieć miejsce i zapewne mają przypadki korupcji, czyli mówiąc wprost ?kupowania? przychylności dyrektorów i nauczycieli szkół, ale, moim zdaniem, takie przypadki obecnie występują sporadycznie. Jeśli ktoś tych faktów nie uznaje, jest hipokrytą.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że wiodącą rolę w zaopatrzeniu uczniów w podręczniki mają księgarnie. Mogę jednakże zaryzykować twierdzenie, że gdyby podręczniki miały docierać do uczniów wyłącznie w księgarniach, to rynek szybko by się zakorkował, a uczniowie nie otrzymaliby ich na czas.

Trzeba też wyraźnie powiedzieć, że szkoła, a właściwie środowisko szkolne (uczniowie, ich rodzice, nauczyciele), było, jest i zapewne będzie istotnym komponentem rynku klientów księgarni, na który księgarze patrzą pożądliwym wzrokiem i o który aktywnie zabiegają. Bo szkoła to nie tylko podręczniki, to także liczne pomoce i artykuły szkolne, papierniczo ? piśmienne, zakupy biblioteczne, nagrody, lektury itp.

Izolowanie szkół oraz nakłanianie rodziców i uczniów do nabywania podręczników wyłącznie w księgarniach jest nierealne, a często szkodliwe dla samego ucznia. O szkoły zabiegają przecież także inne rynki, czyniąc to często o wiele aktywniej i skuteczniej niż księgarstwo.

Czy zanim podali Państwo do wiadomości publicznej tegoroczną ofertę, to z kimś ją Państwo konsultowaliście, np. z prawnikiem?

Nie było takiej potrzeby. W moim przekonaniu oferta była absolutnie czysta. Nie była adresowana indywidualnie ani do dyrektorów szkół, ani tym bardziej do nauczycieli przedmiotowych. Jej adresatem były szkoły i komitety nauczycielskie czy rady rodziców.

Oferta miała charakter otwarty i kompleksowy. Zawierała kilka propozycji do rozważenia i ewentualnego wyboru i w niczym nie wiązała jej odbiorcy. Nie ograniczała też żadnemu innemu podmiotowi działającemu w segmencie podręczników szkolnych dostępu do szkół ani w ogóle do rynku podręcznikowego.

Granty finansowe (rabaty) i rzeczowe, jako jeden z możliwych wyborów, zawierały się w granicach rozporządzalnej marży handlowej, którą od naszych dostawców otrzymujemy, a więc nie było także żadnego dumpingu.

Do kogo była ona skierowana przede wszystkim?

Oferta skierowana była do szkół, komitetów rodzicielskich, w tym w szczególności do szkół w miejscowościach, w których nie funkcjonują księgarnie. Realizować ją, jak zawsze, miały nasze księgarnie.

Oferta dotyczyła tzw. małego sezonu podręcznikowego, a więc wyłącznie dwóch miesięcy ? maja i czerwca. Charakterystyczną cechą tego sezonu jest również i to, że przedwakacyjne zaopatrzenie uczniów w podręczniki jest realizowane głównie za pośrednictwem szkół i w szkołach. Dodatkowym walorem tego okresu jest to, że podręczniki są oferowane uczniom z bardzo wysokimi rabatami. Kupowanie podręczników w tym czasie przez rodziców i uczniów w księgarniach jest sporadyczne i ma marginalny charakter.

Chodziło nam o większą niż dotychczas aktywizację sprzedaży podręczników w tym okresie.

Nie byliśmy w tych działaniach bynajmniej osamotnieni. Kwiecień, maj i czerwiec to miesiące intensywnej penetracji szkół przez wydawców, hurtowników, a przede wszystkim księgarzy (głównie tych niezależnych).

Pana działania uznano za naganne. Podobno ?podżegał Pan do popełnienia przestępstwa?. Co Pan na to?

W handlu, a księgarstwo, co by o nim nie sądzić, to też handel, wiele działań, zwłaszcza na polu marketingu, reklamy i promocji, wywołuje kontrowersje i uznawanych bywa za naganne, nieetyczne i Bóg wie jakie jeszcze. Wystarczy przypomnieć oburzenie mediów, gdy w reklamie Media Markt pojawił się stosowany do dzisiaj slogan ?Media Markt nie dla idiotów?.

A co do ?podżegania do popełnienia przestępstwa? przeze mnie, to tak sądzą luminarze Izby Księgarstwa Polskiego, bo taką obrali linię ataku na moją firmę i mnie osobiście. W ?Słowniku języka polskiego? wydanym swego czasu przez PWN, wydawnictwo wielce szacowne i zasłużone dla polskiej nauki i kultury, słowo ?korupcja? objaśnione zostało następująco: ?przyjmowanie lub żądanie przez pracownika instytucji państwowej lub społecznej korzyści materialnej lub osobistej, w zamian za wykonanie czynności urzędowej lub za naruszenie prawa; przekupstwo, łapownictwo? ? koniec cytatu.

Fakty są następujące: ani nie oferowaliśmy żadnemu funkcjonariuszowi szkoły żadnej korzyści czy łapówki, ani też żaden z funkcjonariuszy szkolnych od nas tego nie żądał, uzależniając od tego korzystne dla nas działania. Takiego przypadku (ani jednego) nie notowaliśmy ani w bliższej, ani w dalszej przeszłości, ani też obecnie. Czy takie przypadki się zdarzają? Pewnie tak, ale nie w firmie, którą nieprzerwanie od prawie 28 lat kieruję.

Twierdzę też, że w firmach sieciowych ? a taką jesteśmy ? korupcja w ogóle nie jest możliwa.

A dlaczego?

Jak to bowiem zrobić? Szef firmy ma jeździć do szkół i wtykać dyrektorom albo nauczycielom do kieszeni, dajmy na to, po tysiąc złotych, aby uczniowie tej szkoły byli zaopatrywani przez jego księgarnię. Zresztą, w jaki sposób z systemu finansowo?księgowego firmy, gdzie każdy grosz jest ewidencjonowany w programie komputerowym, wyjąć owe tysiąc złotych. To samo dotyczy kierowników księgarń, którzy taki proceder musieliby opłacać z własnej kieszeni, bo przecież nie z kasy księgarni. Jaki zatem mieliby w tym interes?

W naszym programie zaopatrzenia uczniów w podręczniki oferowaliśmy za współudział szkoły lub komitetu rodzicielskiego granty czy darowiznę finansową i rzeczową, ale przeznaczone dla szkoły i z zachowaniem pełnych procedur rozliczeniowo? ewidencyjnych.

Zresztą, ów pomysł to dokładna kalka tego, co stosowali i stosują wobec szkół niektórzy wydawcy, hurtownicy, a przede wszystkim księgarze (prym wiodą tzw. niezależni), o czym liderom IKP doskonale wiadomo.

W prasie pojawiły się podejrzenia, że cała sprawa wywołana została przez lokalnych działaczy, powodowanych osobistymi ambicjami? Czy Pan wie coś na ten temat?

Takie plotki do mnie docierały. Nasza firma dość aktywnie uczestniczy w przetargach organizowanych przez biblioteki publiczne. Wygraliśmy m.in. duży przetarg na zakup wydawnictw zorganizowany przez bibliotekę publiczną w Mysłowicach, a z Mysłowic pochodzi Bożenna Król, wiceprezes IKP, która odegrała ponoć wiodącą rolę w rozpętaniu tej afery. Chciałbym jednak dodać, że bibliotekarze z Mysłowic tak byli zachwyceni realizacją dostaw książek przez naszą księgarnię ?Metis? w Iławie ? bo ta księgarnia wygrany przetarg obsługiwała ? że do dyrektora spółki zadzwonił ktoś z kierownictwa owej biblioteki z gratulacjami, że mamy tak znakomitych księgarzy.

Na tle wygranych przetargów mieliśmy też spięcia z innymi księgarzami z kręgu IKP.

Czyli o to chodzi.

Być może jest coś na rzeczy. Mnie w każdym razie cała ta sprawa szokuje. Brałem swego czasu aktywny udział w tworzeniu izby. Byłem wielkim zwolennikiem tej formy konsolidacji księgarstwa. Dopiero później, gdy zorientowałem się, co naprawdę leżało u podstaw narodzin IKP, gdy poznałem atmosferę i program działania, wycofałem się z czynnego udziału, a nasza firma przestała być jej członkiem. Jednak z liderami IKP miałem dotychczas jak najlepsze stosunki. Znaliśmy się od wielu miesięcy. Z Bożenną Król spotykałem się i dyskutowałem wielokrotnie przy rozmaitych okazjach, także na forum Stowarzyszenia Księgarzy Polskich.

Z Janem Lusem, prezesem IKP, podczas spotkania w Bibliotece Narodowej w ostatnim Salonie Księgarzy [10 czerwca ? przyp. red.] umówiłem się na przyjazd do niego do Piły w tegoroczne wakacje. Na jesień zaprosiłem go do Olsztyna na spotkanie z moimi księgarzami, a także księgarzami niezależnymi z Warmii i Mazur.

Janek bardzo mnie wówczas namawiał do powrotu do izby, gdyż, jak twierdził, potrzeba tam osób o innych poglądach niż powszechnie panujące wśród braci księgarskiej.

Także z przewodniczącym OSK, Jerzym Mechlińskim, żyłem dotychczas w przyjaznych stosunkach. Latem ubiegłego roku odwiedziłem go w Łobzie. Również chciałem go zaprosić do Olsztyna i zorganizować mu spotkanie z miejscowymi księgarzami. Rozmawialiśmy o tym podczas przelotnego spotkania na majowych targach książki w Warszawie.

Rzeczywiście, ja również brałam udział w tym Salonie Księgarzy i nic nie zapowiadało nadciągającej burzy. Może jeszcze wówczas nikt nie wiedział o Państwa ofercie. Jak długo ona funkcjonowała i czy ktoś z niej skorzystał?

Oferta współpracy zamieszczona była na naszej stronie internetowej przez maj i czerwiec, bo tylko tego okresu dotyczyła. Została zdjęta bodajże 3 lipca ? to trzy doby za późno, bo powinna być zdjęta już 30 czerwca. Z oferty ? ku mojemu zresztą nieukrywanemu rozczarowaniu ? ż a d n a szkoła nie skorzystała.

Jak Pan myśli, dlaczego?

Dlaczego żadna szkoła z naszej oferty nie skorzystała? Myślę, że przyczyn jest kilka. Po pierwsze ? dyrektorzy szkół wiedzą, że od dwóch lat trwa istna nagonka na szkoły, wręcz kampania, organizowana przez księgarzy z OSK i IKP, mocno nagłośniona w mediach. Administracja szkolna, kuratoria i władze samorządowe zasypywane są pismami od księgarzy ostrzegającymi przed rzekomymi procederami korupcji w szkołach. Adresaci owych listów dla świętego spokoju kierują z kolei do dyrektorów szkół stosowne zalecenia, ostrzeżenia, przypomnienia itp. Dla świętego spokoju też dyrektorzy szkół (chociaż nie wszyscy, ci bardziej przedsiębiorczy ? nie) odpuszczają sobie temat podręcznikowy. Po drugie ? części dyrektorów szkół nie interesuje kompletnie to, gdzie i czy w ogóle uczeń lub rodzic kupi niezbędne podręczniki szkolne. Uczniowie otrzymują na końcu roku szkolnego wykaz podręczników niezbędnych na nowy rok, a reszta to zmartwienie ucznia lub rodzica. Po trzecie ? być może nasza oferta wywołała popłoch w szkołach, być może odebrana została jako prowokacja. Była bowiem może zbyt otwarta czy ostentacyjna i to budziło wątpliwości dyrektorów.

Nie zmienia to jednak faktu, że część szkół, w dobrze pojętym interesie swoich uczniów, zaopatruje ich w podręczniki za pośrednictwem wydawców, hurtowników i księgarzy. Szkoła, do której chodzili moi obydwaj synowie, nigdy ?nie splamiła się? odsyłaniem uczniów do księgarni ? niezbędne podręczniki sprowadzała sama. Uczeń w określonym dniu przynosił do szkoły daną kwotę pieniędzy i odbierał podręczniki w klasie.

Co, Pana zdaniem, najbardziej rozsierdziło innych księgarzy?

Po pierwsze ? powszechnie panująca w tym środowisku zawiść i złość do innych kolegów z branży, zwłaszcza tych, którzy chcą coś zrobić i odnoszą sukcesy na rynku książki.

Kiedyś na forum IKP jeden z olsztyńskich księgarzy publicznie zarzucił mi, że rozbiłem środowisko księgarzy na Warmii i Mazurach, podczas gdy ze wszystkimi (poza nim) mam co najmniej poprawne stosunki. Wielu odwiedzam i dyskutuję z nimi podczas moich podróży służbowych.

Po drugie ? to, że tak otwarcie, publicznie ujawniłem ofertę współpracy ze szkołami. Kontakty księgarzy ze szkołami to bardzo delikatna i mocno chroniona sprawa, bo prawda jest taka, że to właściwie księgarze niezależni (przynajmniej w naszym regionie) licznie opanowali szkoły i są w nich mocno usadowieni. Najwięcej o tym mogą powiedzieć moi księgarze terenowi, którzy w setkach szkół na Warmii i Mazurach mogą co najwyżej pocałować klamkę. Po trzecie ? księgarzy zdenerwowało zapewne owe 200 szkół, które jakoby opanowaliśmy i o których była mowa w piśmie przewodnim adresowanym do dyrekcji, rad pedagogicznych i rad rodziców. Była to nasza świadoma nadinterpretacja, bowiem owe 200 szkół to szacunkowa liczba tych, które w naszej sieci dokonują zakupów (często incydentalnych), np. pozycji do bibliotek szkolnych, lektur, nagród, artykułów szkolno?biurowych. Do tego zaliczyć można także niewielką liczbę szkół współpracujących z naszymi księgarniami przy zaopatrywaniu uczniów w podręczniki.

Gdyby ta wspomniana liczba szkół zaopatrujących uczniów w podręczniki za naszym pośrednictwem była prawdziwa, to ?Książnica? byłaby zapewne krezusem pośród firm księgarskich, bowiem jej obrót handlowy na podręcznikach musiałby wynieść co najmniej 6-7 mln zł, a nie jak obecnie niewiele ponad 2 mln. Po czwarte ? solą w oku dla wielu księgarzy (a liderów IKP w szczególności) był ów nieszczęsny samochód osobowy marki Hyundai oferowany szkołom.

To nie pierwszy przypadek, kiedy głośno o ?Książnicy? w sezonie podręcznikowym.

To prawda. W minionym sezonie szkolnym też byliśmy w opałach. Przyczyną był ?skandalizujący? plakat, eksponowany najczęściej w witrynach naszych księgarń, pod hasłem ?Jeśli chcesz mieć dzieci zdrowe ? kupuj podręczniki nowe?. Na łamach prasy lokalnej rozgorzała wówczas gorąca dyskusja. Zarzucano nam, że straszymy dzieci rozmaitymi mikrobami i zarazkami. Na temat braku szkodliwości zdrowotnej używanych podręczników wypowiadali się wielce uczenie m.in. lekarze, pracownicy sanepidu i rodzice. A rynek, tak jak to zazwyczaj bywa, zareagował przekornie ? nowe podręczniki sprzedawały się w naszych księgarniach jak ciepłe bułki, a przyrost sprzedaży w każdym z trzech miesięcy letnich wyniósł w firmie od 20 do 35 proc. W tym roku też chcieliśmy rynek szkolny czymś poruszyć. Nic z tego nie wyszło. ?Zawyli? za to niezależni księgarze z IKP, a przecież nie o to nam chodziło.

Księgarze walczą o sprzedaż podręczników wyłącznie w księgarniach. Chcą jasnych reguł ? zero handlu podręcznikami w szkołach. Czy Pan się z tym nie zgadza?

Tak do końca to nie bardzo wiem, o co księgarzom z OSK i IKP chodzi: czy o to, żeby podręczniki sprzedawane były wyłącznie w księgarniach, czy też o to, aby nie były rozprowadzane w szkołach. Uściślijmy przy tym najpierw kwestie terminologiczne. Czym innym bowiem jest sprzedaż, a czym innym rozprowadzanie podręczników w szkołach. Przyjmijmy taki oto (niemal powszechny, zwłaszcza w odniesieniu do księgarni niezależnych) przypadek: księgarnia ?dogaduje się? ze szkołą ?y? w miejscowości ?x? (w której ? dla jasności ? nie ma księgarni, a to w przypadku szkół bardzo częsta okoliczność), że zaopatrzy uczniów tej szkoły w podręczniki na miejscu w szkole, w dowolnej formie, np. nauczyciele zbiorą od uczniów określoną kwotę pieniędzy, a księgarnia dostarczy do szkoły podręczniki (łącznie z paragonami kasowymi), które nauczyciel rozda uczniom. Czy to jest handel podręcznikami w szkole, czy to jest sprzedaż organizowana przez księgarnię, bo przecież obrót ?idzie? na jej konto. I czy jest w tym coś złego, że księgarnia (na zasadzie podziału swojej marży) zafunduje szkole jakiś grant, a dzieci otrzymają podręczniki na miejscu i do tego najczęściej z rabatem. Przecież zyskują na tym wszyscy: dzieci, rodzice, szkoła i księgarnia. Gdzie tu jest miejsce na korupcję i gdzie jest łamane prawo?

Przyznaję, że nie wiem.

Handel z natury rzeczy to przedsięwzięcia niezwykle elastyczne, a nie sztywne. Sprzedaż podręczników tylko w księgarniach to żądanie wyłącznie życzeniowe, za którym w żadnym przypadku nie stoi prawo. To w istocie nacisk na ograniczenie rynku ? bez szans na powodzenie ? bo rynek mamy otwarty, a sprzedażą podręczników zajmują się obok księgarń setki innych podmiotów działających w otwartej przestrzeni rynkowej, w tym także tak odległe od podręczników podmioty, jak dla przykładu: hipermarkety, poczta, sklepy zupełnie innych branż itp. Na jakąkolwiek monopolizację sprzedaży tego segmentu rynku księgarze nie mają, moim zdaniem, żadnych szans. Niejako ? odroczonym w czasie ? rezultatem owych zabiegów zainicjowanych przez garstkę środowiska (bo przecież OSK i IKP tak naprawdę reprezentują co najwyżej kilka procent rynku księgarskiego) będzie całkowite ?wyjście? podręczników nie ze szkół, a z księgarń. Klucz w swoim ręku w tej kwestii trzymają nie księgarze, a wydawcy edukacyjni. Dzisiaj jest to jeszcze niemożliwe, ale za 3-4 lata wydawcy edukacyjni zapewne się skonsolidują, co jest procesem oczywistym, niezbędnym i już trwającym. Jeżeli powstanie, tak jak w innych krajach, 6-8 dużych wydawców edukacyjnych, to przecież jest niemal pewnym, że utworzą oni własne platformy dystrybucyjne albo jedną wspólną, poprzez które dotrą do szkół i uczniów z pewnością dużo mniejszym kosztem niż obecnie via hurtownie i księgarnie. Na takim rozwiązaniu zyskają wydawcy, zapewne też szkoły, a głównie uczniowie, ponieważ otrzymają podręczniki szybciej, sprawniej, a przede wszystkim taniej. Kto będzie przegranym w procesie, który, jak mówiłem, już się toczy? Księgarze. I nie pomogą żadne starania w tym względzie panów prezesów Mechlińskiego i Lusa czy primabaleriny księgarstwa polskiego pani Król.

W takim razie Pan również straci. Chyba nie jest to Panu obojętne?

Oczywiście, że nie. Przecież ja także jestem rzecznikiem tego, aby, w dobrze pojętym interesie własnej firmy, podręczniki szkolne były obecne w księgarniach, przez nie sprzedawane i rozprowadzane. Tylko mam również pełną świadomość realiów rynku ? podręczników nie da się ?zamknąć? tylko w księgarniach.

Jak, Pana zdaniem, powinien zatem wyglądać obrót podręcznikami?

Swój pogląd ujawniłem dwa i pół roku temu na łamach ?Biblioteki Analiz? w artykule ?Tańsze i nadal w księgarniach? (?Biblioteka Analiz? nr 5 z 28 lutego 2006 roku). Artykuł ten przedrukowany był także przez ?Wiadomości Księgarskie? (Nr 1 (46) 2006 roku). Z grubsza przy tych poglądach pozostaję, zdając sobie sprawę, że wygłosiłem w owym czasie opinie i oczekiwania wyidealizowane i, chociażby z tego względu, nierealne do spełnienia.

Dzisiaj też chciałbym, aby podręczniki szkolne były obecne i sprzedawane w księgarniach i przez nie. Mam świadomość, że aktualnie ? przy obecnej wielości księgarń i ogromnym rozdrobnieniu rynku księgarskiego ? podręczniki dla chyba ponad połowy z nich mają zasadnicze znaczenie ekonomiczne, bo pozwalają im po prostu egzystować. Mniejsza w tym momencie o to, czy w Polsce potrzeba ponad 2500 księgarń obecnie funkcjonujących, czy na przykład nie wystarczy ich połowa. Jednak to temat do innych rozważań. Równocześnie też jestem zwolennikiem otwartego rynku księgarskiego, nie wykluczając segmentu podręczników.

Umiejscowienie ich sprzedaży tylko w księgarniach nie powinno mieć miejsca z powodów, o których szeroko mówiłem wcześniej. Sądzę też, że regulowanie rynku książki (w tym także podręcznikowego) nie może odbywać się tylko i wyłącznie na drodze prawno? administracyjnej (ustaw, nakazów, zakazów, zarządzeń itp.), do czego nieuchronnie zmierzają, jak się wydaje, zarówno OSK, jak i IKP. To dążenia wybitnie szkodliwe. Rodem z minionej epoki. Powinno natomiast być regulowane ? jak to ma miejsce w innych krajach, np. w Niemczech ? w drodze porozumień branżowych, ustalających praktykę księgarsko?wydawniczego działania. To wydaje się być pierwszym i podstawowym stopniem zorganizowania rynku książki w Polsce. Na tym polu czeka członków obecnie funkcjonujących w kraju izb gospodarczych oraz organizacji księgarskich wielka i żmudna praca.

A co powinno być zrobione w pierwszej kolejności?

Sądzę, że na pierwszy ogień powinien pójść wymóg drukowania cen na podręcznikach (co do pozostałego asortymentu książek mam inne zdanie) i coś trzeba zrobić z marżami księgarskimi na podręcznikach ? inaczej nie uniknie się bowiem licytacji rabatowej w sezonie szkolnym. ?Hitem? tego roku obserwowanym w naszym regionie jest właśnie owe licytowanie wysokości rabatu udzielanego szkołom, uczniom czy rodzicom. Uprawiany proceder wygląda następująco: nasze księgarnie, oficjalnie do 2 sierpnia, udzielały rabatu przy zakupach podręczników w wysokości 11 proc. Były przy tym aktywnie monitorowane przez konkurencję. W rezultacie w witrynach niektórych księgarń konkurencyjnych (czytaj: niezależnych) pojawiły się wielkie plakaty ?Nasza księgarnia udziela rabatu na podręczniki w wysokości 20 proc.?. Jak to możliwe? To bardzo proste ? księgarnia podwyższa cenę detaliczną podręcznika np. o 15 proc. (zaklejając przy tym nawet cenę nadrukowaną na okładce) i od tak podwyższonej ceny udziela rabatu 20-procentowego. Niestety, wielu klientów daje się na to nabrać. Na pytanie moich księgarzy ? co robić? ? zawsze odpowiadam ? uczyć ludzi liczyć.

Czy myślał Pan, jaki finał może przynieść zawiadomienie prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wniesione 5 lipca przez IKP przeciw Panu? Co będzie, jeśli wyrok będzie niekorzystny dla Pana, a co, jeśli racja będzie po Pana stronie?

Zastanawiałem się, skąd tak gwałtowna reakcja IKP na to, co swego czasu niektórzy jej członkowie mogli wyczytać na stronie internetowej ?Książnicy Polskiej?, że bez żadnej weryfikacji, bez próby wyjaśnienia, od razu wytoczyli przeciwko mnie najcięższe działa, pisząc donos do prokuratury. I myślę, że była w tym mimo wszystko jakaś logika. IKP to w księgarstwie ? jak się wydaje ? taka lepperowska ?Samoobrona?, a jedynym spoiwem łączącym jej członków są właśnie podręczniki, ich byt w księgarniach. W środowisku IKP (w końcu grupującym coś około 200 księgarń), nie pozbawionym przecież ludzi mądrych, rozsądnych i umiarkowanych, do władzy doszli radykałowie żądni krwi pobratymczej. Dla nich najlepszą i ich zdaniem najskuteczniejszą formą działania jest robienie dużo krzyku. Donos idealnie się do tego nadaje. Przez księgarzy z IKP (a także OSK) ścigani już byli wydawcy, hurtownicy, sieci handlowe. Swego czasu ?Portal Księgarski? przepełniał się od żalów (i inwektyw) rzucanych np. na braci Olesiejuków, bo to nieliczni ludzie w branży, którzy własną ciężką pracą i przedsiębiorczością osiągnęli niekwestionowany sukces i doszli do dzisiejszej potęgi, czy na Azymut, bo to z kolei mamut, który ?wysysa krew? z księgarzy, że już nie wspomnę o Empiku czy Matrasie ? od lat dyżurne firmy do bicia. Teraz przyszła kolej na ?Książnicę Polską?, przy jej aktywności idealnej do poskromienia, w myśl zasady ?spróbujecie robić inaczej niż my chcemy, to wam pokażemy?. Tymczasem ani ?Książnica Polska?, ani ja, jako wieloletni szef tej firmy i księgarz z powołania, nie zrobiliśmy nic, co byłoby niezgodne z przepisami prawa i uwłaczałoby obyczajom i etosowi branży księgarskiej.

Wierzę, że w organach ścigania i w innych instytucjach (poinformowano nie tylko prokuraturę), do których IKP na mnie doniosła, pracują ludzie myślący, rozsądni i kompetentni, a ich werdykt będzie uczciwy i sprawiedliwy. Wierzę też, że wodzowie IKP i ich dzielni pretorianie tę sprawę przegrają i że będzie to ostatnia taka sprawa, dla której normą stały się pomówienia, donosy i inwektywy. Mam nadzieję, że więcej takich spraw w naszej branży nie będzie, a wszelkie ? możliwe przecież ? problemy będą załatwiane wewnątrz naszego środowiska.

Niestety, stało się inaczej, więc?

Jeśli wyrok będzie dla mnie niekorzystny, to zapewne pójdę siedzieć. Moi pracownicy w każdym razie zapowiedzieli częste wizyty w kryminale i obiecali systematyczne dostarczanie mi nowości wydawniczych. Jeżeli natomiast racja będzie po mojej stronie, to oznaczać będzie podzwonne dla IKP, bo pęknie jedyne ? jak się wydaje ? spoiwo łączące członków izby.

Autor: Rozmawiała Anna Pietruczak