Piątek, 21 lipca 2017
W roku 2018 przypada setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, co z pewnością zostanie uczczone ogłoszeniem przez senat Roku Niepodległości. Z pewnością też, analogicznie do tegorocznego Roku Conrada, ubiegłorocznego Sienkiewicza, jeszcze wcześniejszego Żeromskiego itp., uczczony zostanie wybitny polski (lub z polski pochodzący) pisarz. Jaki? Ja proponowałbym nadanie przyszłemu rokowi zbiorowego patrona: polskiego grafomana. Dlaczego przyszłemu? Bo właśnie dwieście lat przed nim, na początku 1818 roku zjechał do Warszawy Kajetan Jaksa-Marcinkowski.  Szturm salonu W Warszawie w 1818 roku liczył się tylko jeden literacki salon. W pałacu Czapskich przy Krakowskim Przedmieściu (dziś mieści się tam Akademia Sztuk Pięknych), należącym do arystokraty generała Wincentego Krasińskiego, wcześniej oddanego dowódcy polskich gwardzistów Napoleona, teraz adiutanta i także gorliwego zwolennika cara Aleksandra I, zbierało się towarzystwo najwybitniejszych – jak o sobie zwykli mawiać – polskich piór i głów, chętnie zapraszających także młodych aspirantów do roli wybitnych pisarzy, filozofów, publicystów. Brylowali tam między innymi: Julian Ursyn Niemcewicz, dramaturg, publicysta, historyk; Kajetan Koźmian, poeta i jeden z wyższych urzędników oświatowych Królestwa; Franciszek Dzierżykraj-Morawski, pułkownik, później generał wojsk Królestwa oraz Ludwik Osiński, poeta, tłumacz klasyków, dramaturg i dyrektor Teatru Narodowego. Pewnego dnia na obiedzie pojawił się Kajetan Jaksa-Marcinkowski – przybysz w Wołynia, trochę po trzydziestce, odznaczający się wyraźnym (pod opiętym, źle skrojonym frakiem nie pierwszej nowości) brzuszkiem i zabawną fizjonomią. Starzy bywalcy natychmiast spostrzegli wielką chęć nowego do deklamowania swoich wierszy, zwłaszcza w obecności dam. Jaksa, inaczej niż inni debiutanci, nie miał w sobie żadnej nieśmiałości, wręcz natrętnie domagał się słuchania jego wierszy i improwizacji. Skąd biedny jak mysz kościelna i niemający żadnych cenionych w towarzystwie zasług Marcinkowski wziął się w tak wysokich progach? Wcześniej, oprócz innych swoich urzędniczych i nauczycielskich zajęć, był także inspektorem szkolnym na Wołyniu. Było to przed rokiem 1812, kiedy polskie szkolnictwo pod zaborem rosyjskim cieszyło się jeszcze autonomią, co w guberniach ruskich wykorzystał Tadeusz Czacki, generalny wizytator, do budowania niemal od podstaw systemu polskich szkół średnich. Jaksa dał się poznać samemu Czackiemu jako bardzo sprawny i rzutki urzędnik, zapewne też wszedł ze swoim przełożonym w przyjacielskie relacje. Czacki, wuj generała Krasińskiego, zmarł w 1813 roku, ale kilkuletnia zawodowa podległość oraz prywatna znajomość z tak wybitnym oświeceniowym intelektualistą i bywanie u niego w domu oraz listy polecające od rodziny Czackich, były wystarczającą rekomendacją, aby ośmielić wołyńskiego poetę do zameldowania się u gospodarza warszawskiego salonu. Jaksa zaczął być zapraszany na spotkania literatów, odbywające się przy okazji obfitych śniadań i kolacji, co było dla niego tym cenniejsze, że nie posiadał chwilowo stałej posady. Cóż o zabawnym przybyszu wiedziano? Tyle, że dotychczas, jak wspominał Franciszek Salezy Dmochowski, „śmieszył znawców, a zajmował prostodusznych wierszami swoimi na Wołyniu. Przybył potem do Warszawy, chcąc w tym ognisku literatury zajaśnieć swoim talentem. Przywiózł z sobą list rekomendacyjny do generała hrabiego K[rasińskiego], nie wiedząc o tym, że w nim przywozi zarazem tę samą śmieszność, którą go obsypywano na Wołyniu”. Czy Dmochowski, który, nota bene, nie był bezpośrednim świadkiem pojawienia się Jaksy w salonie Krasińskiego (miał wówczas niespełna 17 lat i zaczynał studia na Uniwersytecie Warszawskim), miał słuszność, pisząc, że Jaksa przywiózł ze sobą śmieszność, której zaznał już na Wołyniu? Wśród innych świadectw przeważają takie, według których przybysz pewny był swoich literackich i towarzyskich sukcesów, zaznawał bowiem takich na Wołyniu. Ale co wystarczało, by bawić damy z kresowych salonów, to przedstawione śmietance warszawskich literatów o wszechstronnym filologicznym wykształceniu, szczycących się nienagannością stylu i naśladownictwem greckich wzorców, spotykających się, aby orzekać o stosowności lub niestosowności utworów i przyznawać lub odmawiać piszącym miana prawdziwego poety – stawało się zuchwalstwem. Brylujący w towarzystwie Kajetan Koźmian, znany z pryncypialnej odprawy, jaką nieco później dał nieudolnym, według niego, „Balladom i romansom” Adama Mickiewicza, i do końca życia utyskujący na to, że Polacy wolą czytać takich wierszokletów jak Mickiewicz, Słowacki czy Goszczyński, nie krył nawet po latach swojego oburzenia, że przybysz znikąd, człowiek o zabawnej fizjonomii i z prowincjonalno-eleganckim czubem na głowie, wchodzi pomiędzy koryfeuszy, by bez naj mniejszego zażenowania czytać w ich obecności swoje poezje, a nawet improwizować: „Nieszczęśliwa myśl zarozumiałego i biednego nieuka, puścić się do stolicy z uprzedzeniem, że w niej znaczenia, sławy, a nawet fortuny dostąpi!”. Biada obrażonym! Wśród bywalców obiadów fundowanych przez Wincentego Krasińskiego w pałacu Czapskich przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie nie brakowało w 1818 roku zdolnej literackiej młodzieży, niektórzy z nich, za co byli gromieni przez skupionych wokół Koźmiana zwolenników klasycystycznej poprawności, byli stałymi klientami księgarń Zawadzkiego i Glücksberga, którzy sprowadzali książki zachodnich przedromantyków i romantyków: Waltera Scotta, Schillera, Shelleya, Byrona, a także polskie nowości Kazimierza Brodzińskiego. Generał Krasiński uwielbiał wysoką temperaturę odbywających się w jego domu dyskusji, chętnie więc zapraszał młodych, aby mieć pewność, że rozmowa o literaturze zamieni się w awanturę.Bywał więc u niego Antonii Edward Odyniec, bywał Seweryn Goszczyński. Gospodarz z wysokości swojego fotela pytał któregoś z nich o pogląd na sprawy literackie lub prosił o odczytanie wiersza, a po usłyszeniu odpowiedzi zapraszał Koźmiana, Osińskiego lub Morawskiego do wyjaśnienia młodemu gościowi, jak wielkim jest ignorantem i jak miernym poeciną, dowiedzenia mu, że nie ma prawa wypowiadać się o literaturze, skoro, choćby, śmie pisać o wsi, nie naśladując „Georgik” Wergiliusza. Za chwilę dołączały chóry pomniejszych pieczeniarzy generała, z których każdy miał ambicję wykpić nieszczęsnego młodzieńca improwizowanym epigramatem. Oczywiście żarty robiono sobie nie tylko z młodych romantyków, ale i z tych, którzy próbowali tworzyć według klasycznych kryteriów, a wśród nich próbował szczęścia i Kajetan Jaksa-Marcinkowski. Bohaterowie takich seansów kpin i szyderstw znosili je z pokorą, bo nie było wtedy w zwyczaju odcinanie się przez aspirantów możnym i zasłużonym, a odmówienie uczestnictwa w salonie generała Krasińskiego oznaczało wpadnięcie młodego literata w otchłań niebytu. Ale w tymże 1818 roku pułkownik Morawski wystąpił na jednym z obiadów z wierszem „Nowy Parnas”, w którym bezlitośnie zadrwił z literackiej młodzieży, a zwłaszcza z jej przywódcy, pochodzącego z Wielkiego Księstwa Litewskiego bardzo zdolnego poety Antoniego Goreckiego: „Nie dziwisz mnie, młodzieży, takim rymów szałem; Zawsze laur najtrudniejszy był twoim udziałem; Stworzyłaś nowy dowcip, nową polską mowę, Nowy gust, nowe rymy, nawet głoski nowe. I by całkiem odróżnić nasz wiek dziewiętnasty, Już nie w laury się stroisz, ale w bujne chwasty. I któż to nad wszystkimi pierwszeństwo odnosi? Ciebie to tym zwycięzcą Nowy Parnas głosi, Śpiewaku lasów pińskich, smorgoński Pindarze! Ty rozwalone Baki podniosłeś ołtarze I gdzie nigdy nie dosiągł Koźmian i Ogiński, Tam ciebie z chmarą wierszy wzniósł twój zapał piński”. A dalej występowała litania nazwisk młodych poetów – warszawskich bywalców salonów, acz z wyraźnym podkreśleniem ich prowincjonalnego pochodzenia – którzy gonią Goreckiego, aby zabrać mu miano „smorgońskiego Pindara”. Wśród nich nazwisko Jaksy: „Pędzi z wołyńskich krain Marcinkowski dzielny”. Wiersz rozbawił setnie generała Krasińskiego, a jeszcze bardziej wspomnianych w nim z atencją Koźmiana i Osińskiego. Jako druk ulotny (sfinansowany przez Krasińskiego) zaczął krążyć wśród warszawskich mieszczan, do pałacu Czapskich niemających wstępu, ale zawsze ciekawych tego, co się dzieje w wysokich sferach i zawsze chętnych do obśmiania szturmujących stolicę prowincjuszy. Mniej do śmiechu było wymienionym z nazwiska lub pod łatwymi do rozszyfrowania pseudonimami „podnosicielom ołtarzy Baki”. Ksiądz Baka, osiemnastowieczny autor niezliczonych dewocyjnych rymowanek, był w towarzystwie warszawskich klasycystów symbolem najgorszego literackiego gustu i niesmacznej potrzeby zamęczania publiczności płodami swojej wyobraźni. „Nowy Parnas” napisany został przez pułkownika Morawskiego i z inspiracji generała Krasińskiego – dwóch bardzo wysokich dowódców wojsk Królestwa Polskiego – którym nie można odpłacić pięknym za nadobne. Nie mógł tego zrobić Gorecki, który jako kapitan (zresztą z piękną frontową kartą podczas niedawnych wojen napoleońskich) winien był generałom cześć i posłuszeństwo. Antoni Gorecki – autor z całą pewnością przewyższający kunsztem i wyobraźnią Morawskiego („Czyliż Morawski zazdrościł Goreckiemu, bo tenże śmiało mógł iść w nim w zawód i nawet go oryginalnością przewyższał?” – pytał po latach Dmochowski) – po towarzyskim i ulicznym sukcesie paszkwilu spalił gotowy już do druku swój tom wierszy i na ponad dziesięć lat przestał pisać. Przestał także już na zawsze bywać w Pałacu Czapskich wraz z podobnie urażonymi Gerardem Witowskim, Józefem Brykczyńskim, Ferdynandem Chotomskim (on także po wydarzeniu nie uprawiał już własnej poezji). Wszyscy się obrazili, z wyjątkiem Jaksy. Choć i on miał do Morawskiego pretensję o przypisany mu epitet „dzielny”. Dlaczego „dzielny”? Przecież był Jaksa poetą, nie dzielność miała być jego atrybutem, ale natchnienie, lekkość pióra, kunszt, poczucie miary!   Ludzka osobliwość Reakcja Jaksy, który zdawał się w ogóle nie rozumieć, że znalazł się w wierszu Morawskiego jako przykład lichego poety – raczej widział się …
Wyświetlono 25% materiału - 1359 słów. Całość materiału zawiera 5439 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki