Czwartek, 16 września 2021
Rozmowa z MONIKĄ TRĘTOWSKĄ, autorką książki „Chile. Dalej być nie może”

Pierwsze mumie nie były dziełem Egipcjan?
Wciąż niewiele się o tym mówi, ale najstarsze, zrobione przez człowieka mumie wcale nie są z Egiptu. Jako pierw­si, siedem tysięcy lat temu, na długo przed jakąkolwiek innąkulturąświata, mumifikowali swoich zmarłych Chinchorros, zamieszkujący północne wybrzeże obec­nego Chile. Po wielu latach badań i przygotowywania odpowiedniej dokumentacji ich mumie właśnie wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przy­rodniczego UNESCO. Jako siódmą już pozycję Chile.
To dość niezwykła historia. Choć Chinchorros byli prostymi rybakami i łowcami-zbieraczami, przez cztery tysiące lat praktykowali bardzo złożone rytuały pogrze­bowe i wysoce wyrafinowaną technikę konserwacji ciał zmarłych. Jak na swoje czasy byli znakomitymi znaw­cami anatomii. Jeszcze większą uwagę zwraca fakt, że populacja słabo rozwinięta technicznie miała tak rozbudowanąmitologięśmierci. Tak jakby Chinchorros poprzez troskę i zaangażowanie wkładane w ten pro­ces wyrażali swoje przywiązanie do zmarłych krew­nych. I jakby za wszelką cenę chcieli zachować ich przy sobie. Warto tu dodać, że w odróżnieniu od Egipcjan Chinchorros mumifikowali swoich bliskich niezależnie od ich rangi społecznej czy płci: mężczyzn, kobiety, jak również dzieci, a nawet płody.

Jak powiedział mi doktor Bernardo Arriaza, badający mumie od ponad trzydziestu lat, jeden z bohaterów re­portażu o Chinchorros w mojej książce, ta kultura zmu­sza badaczy do ponownego przemyślenia tezy o liniowej ewolucji kultur i o tym, że populacje przeszłości zajmowa­ły się tylko przetrwaniem. Uzmysławiają, że istniały inne, bardzo głębokie, duchowe obawy i zmartwienia. Empatia, troska o drugiego człowieka. Nadzieja na życie pozagro­bowe. To coś, co pomimo odległości tysięcy lat łączy nas wszystkich z tymi prostymi rybakami z północy Chile.

Co maskuje termin Selk’nam?
Inną fascynującą kulturę, tym razem z południa dzisiej­szego chilijskiego terytorium, dokładnie z Ziemi Ogni­stej. Kryje w sobie zarazem historię ludobójstwa i jedną z wielu plam zarówno na europejskim sumieniu, jak i całej ludzkości.

Nie chodzi nawet o epokę kolonializmu, ale o XIX wiek, kiedy to południowe wyspy Cieśniny Magel­lana zostały włączone do Chile i Argentyny, po czym za zgodąobydwu rządów rozpoczęła się ich eksplo­racja i kolonizacja. Odkryto, że Ziemia Ognista może przynieść ogromne zyski, a hodowla owiec wielomilio­nowe dochody. Zapoczątkowało to tragiczny w skut­kach konflikt terytorialny. Właściciele ziemscy, w tro­sce o swoje interesy i o utrzymanie odebranej tubylcom ziemi, zatrudniali myśliwych, którzy mniej więcej od 1880 roku polowali na tutejsząludnośćrdzenną niczym na zwierzęta. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Za każdego zabitego Selk’nam płacono jednego funta szter­linga na podstawie dostarczonych części okaleczonych ciał ofiar, na przykład ucha, ręki czy genitaliów. Osta­tecznie doprowadziło to do zagłady tego ludu i do cał­kowitego nieomal jego zniknięcia z mapy świata. Szacu­je się, że kiedy rozpoczęły się masowe prześladowania, liczył on od trzech i pół do czterech tysięcy osób. Pół wieku po tych wydarzeniach żyło już tylko kilkunastu jego przedstawicieli, głównie mestizos, osób o miesza­nych korzeniach, w argentyńskiej części archipelagu Ziemi Ognistej. W 1974 roku zmarła Angela Loij, uzna­wana za ostatnią przedstawicielkę czystej krwi tej grupy etnicznej, a osiem lat wcześniej szamanka Lola Kiepja, zwana „ostatnią Onam”, która praktykowała tę kulturę i posiadała bezpośrednią wiedzę o tradycjach swojego ludu. Wraz z obydwiema kobietami bezpowrotnie utra­cone zostało ostatnie świadectwo kultury Selk’nam.

Prawda o tym ludobójstwie znana jest stosunkowo od niedawna, ale w dzisiejszej Europie – śmiem twierdzić – wciąż niewiele się o tym wie. Nie muszę też dodawać, że nikt nigdy nie odpowiedział za te okrutne wydarzenia.

A cóż to takiego wystawy antropozoologiczne?
To eufemistyczna nazwa dla „ludzkich zoo”. Organizowanych w wielu miastach Europy specjalnych ekspozycji etnologicznych, na których prezentowano publiczności zrekonstruowane środowiska naturalne skolonizowanych terenów z ich florą i fauną. Wliczano do nich również „prymitywnych dzikusów z końca świata”, traktowanych jako jeden z eksponatów. Na europejskie wystawy trafili między innymi mieszkańcy chilijskiej Patagonii i Ziemi Ognistej. Mówimy tu o przełomie XIX i XX wieku i o ekspozycjach w Paryżu, Berlinie, Zurychu czy Londynie. Miejscach takich jak słynny paryski ogród zoologiczny Jardin Zoologuique d’Acclimatation, który w szczycie popularności „ludzkich zoo” w 1883 roku odwiedziło milion osób. Nazwa „ludzkie zoo” nie jest niestety nadużyciem. Porywanych z ich własnych ziem ludzi do Europy przewożono w warunkach, w jakich transportuje się zwierzęta; podczas długiej podróży podawano im tylko na wpół surowe mięso i wodę . Na miejscu pokazywano ich za kratami, na przykład w klatkach wcześniej przeznaczonych dla strusi, a żeby wmówić widzom, że są kanibalami, nierzadko celowo głodzono, po czym rzucano im surowe mięso. Tak naprawdę pomimo „naukowej” nazwy sugerującej zainteresowanie antropolgiczne organizatorów, nie interesował ich ani stan zdrowia danych grup ludzi, ani rzetelność informacji o nich. W książce piszę o losach trzech grup mieszkańców południa Chile wywiezionych do Europy: Kawésqar, Selk’nam i Mapuche. Mężczyzn, kobiet i dzieci. Opisuję też jednak wzruszające wydarzenie. Otóż, po stu dwudziestu dziewięciu latach szczątki pięciorga Kawésqar, którzy zmarli w Zurychu w 1883 roku, wróciły do Chile. Wszystko dzięki gorliwości i ludzkiemu podejściu garstki badaczy. I kilku fotografiom.

Chiljczycy są wciąż podzieleni w kwestii oceny rządów Augusto Pinocheta?
Tak, w chilijskim społeczeństwie nigdy nie nastąpiło pojednanie i niestety – jeśli jest ono w ogóle możliwe – szybko nie nastąpi. W książce staram się wytłumaczyć dlaczego. Warto tu powiedzieć, że w Polsce Pinochet kojarzony jest zwykle pozytywnie, jako bohater, który „pozbył się komunistów” i uratował kraj od zapaści ekonomicznej. Jeśli spojrzeć jednak na jego rządy z chilijskiej perspektywy, to dla większości Chilijczyków – mówią o tym statystyki – był po prostu dyktatorem, który łamał prawa człowieka. Liczba zabitych i zaginionych podczas dyktatury sięgnęła ponad 3 tys. osób, a ponad 40 tys. padło w tym czasie ofiarą brutalnych tortur. Do tego te dane pochodzące z raportu Valecha Narodowej Komisji do Spraw Więźniów Politycznych i Tortur przez wielu traktowane są jako zaniżone. To bardzo burzliwy okres chilijskiej historii, wciąż niezwykle bolesny i nierozliczony.

Nie da się jednak ukryć, że właśnie dzięki rządom Pinocheta Chile stało się najbogatszym krajem kontynentu?
Nazywane jest często „tygrysem Ameryki Południowej” i „latynoskim eldorado”. Uznawane jest za najbogatszy kraj regionu – o prężnie rozwijającej się gospodarce i stabilnym rozwoju. Świat chwali osiągane tu wskaźniki ekonomiczne, jak choćby PKB, który nie odbiega od tego w wielu krajach europejskich. Statystyki opierające się głównie na średnich pokazują dobrobyt Chile w pozytywnym świetle, ale w zestawieniu z rzeczywistością tracą blask. Dla przeciwwagi można bowiem podać, że około 75 proc. Chilijczyków żyje na kredyt i ledwo wiąże koniec z końcem. To jeden z krajów o największych nierównościach społecznych. Zaledwie jeden procent populacji, około stu osiemdziesięciu tysięcy osób skupia w swoim ręku aż 33 proc. bogactwa narodu. W praktyce siedem chilijskich klanów. Właśnie dlatego ta bańka musiała kiedyś pęknąć. Stało się to w październiku 2019 roku, kiedy to „zwykła” podwyżka metra dała początek estallido social, fali największych w historii kraju protestów przeciw rosnącym kosztom życia, korupcji i polityce pogłębiającej ogromne nierówności społeczne. „To nie trzydzieści pesos, ale trzydzieści lat”, głosiło jedno z najpopularniejszych haseł estallido social. Okazało się , że powrót do demokracji głęboko rozczarował Chilijczyków, a określenia typu „eldorado” brzmią dla przeciętnego obywatela boleśnie abstrakcyjnie. Odpowiadając zatem w skrócie na pytanie, możnaby powiedzieć: tak, Chile to zamożny kraj, ale bogaci się tu wyselekcjonowana elita. To swoisty bankiet dla wybranych. Neoliberalny eksperyment, jaki przeprowadzili tu w czasach reżimu Pinocheta Chicago Boys, wciąż trwa. Wszedł na inny etap, bo przynosi dalekosiężne skut­ki. Dziś mówi się o tym, że neoliberalizm narodził się w Chile i w Chile też umrze. Czas pokaże.

Na naród składa się amalgamat emigrantów i Indian?
Kim są Chilijczycy i jaka mieszanka krwi płynie w ich żyłach, to dość złożona, a zarazem nieoczywista sprawa. Najważniejszym punktem tej układanki wydaje się być fakt, że żadna z dwu krzyżujących się ras – ani Europej­czycy, ani ludność tubylcza – nie stanowiła grupy jedno­rodnej etnicznie.
Warto pamiętać, że pierwotni mieszkańcy kontynen­tu amerykańskiego przybyli na terytorium chilijskie różnymi drogami około piętnastu tysięcy lat temu. Od tego momentu do spotkania z Hiszpanami ewoluowali w zupełnie inny sposób, w zależności od warunków geo­graficznych i środowiskowych, w których żyli, oraz od różnych wpływów zewnętrznych. Uznaje się, że w mo­mencie przybycia konkwistadorów na terytorium dzi­siejszego Chile żyło siedem grup ludów rdzennych, które odegrały rolęw tworzeniu się tak zwanej rasy chi­lijskiej. Na północy byli to Quechuas, Atacameños i Dia­guitas. W centrum i na południu konfederacja plemion Mapuches, a na dalekim południu Kawésqar, Yámanas i Selk’nam wraz z innymi pokrewnymi plemionami Ziemi Ognistej. Niektórzy wymieniają również Pascu­enses, mieszkańców Wyspy Wielkanocnej. Wszyst­kie te ludy tubylcze, w większym lub mniejszym stop­niu, wpłynęły na późniejszy historyczny rozwój naro­du chilijskiego przede wszystkim poprzez zwyczaje, język, kuchnięi obrzędy poszczególnych społeczności danych regionów. W przypadku Chile wówi się wręcz o tożsamościach lokalnych. Dlatego też i dzisiaj miesz­kaniec Patagonii powie raczej, że jest Patagończykiem niż Chilijczykiem, a mieszkaniec pustyni Atakama zdefiniuje się raczej jako Atacameño.
Europejczycy, którzy dotarli tu w XVI w., równieżnie stanowili jednolitej grupy. Historycy podają, że oprócz Hiszpanów przybyli tu Niemcy, Włosi i Grecy. Konkwi­stadorzy przywieźli też czarnoskórych niewolników. A potem miały miejsce jeszcze inne fale emigracyjne XIX i XX w., na przykład Serbów i Arabów.
Sprawa chilijskiego DNA nie wygląda zatem tak pro­sto, jak mogłoby się wydawać. Genotyp Chilijczyków nie jest wynikiem wymiany genów tylko między Hiszpana­mi a Mapuczami, jak zwykło się mówić. To efekt znacz­nie bardziej złożonej krzyżówki rasowej i kulturowej.

Turysta ma w tym państwie co zwiedzać?
Bez dwóch zdań. Chile ma fenomenalną, niezwykle róż­norodną przyrodę. Jest niczym świat w pigułce. W jego granicach znajduje się właściwie wszystko i to w ogrom­nej skali: wielka pustynia Atakama, potężne Andy, rozle­gły Pacyfik, tysiące wulkanów i wysp, jeziora, bezkresne lasy, fiordy, lodowce, a nawet pola lodowcowe. Geopo­litycznie należy do niego również Wyspa Wielkanocna. Kraj co roku wygrywa tak zwane Turystyczne Oscary, World Travel Awards (WTA), przede wszystkim w kate­goriach związanych z turystyką aktywną. Wystaczy wspomnieć, że na aktywne wulkany Chile można się wspinać, po lodowcach Patagonii można zrobić trekking, czyli tak zwany ice-hiking, a na wydmach Atakamy upra­wiać sandboarding.
Wspomniana Atakama, skalisto-piaszczysta pusty­nia na północy, jest miejscem zupełnie nie z tej ziemi, o czym świadczą chociażby sugestywne nazwy tamtej­szych skalistych dolin, jak Marsjańska czy Księżycowa. Wbrew pozorom Atakama jest też pełna życia i kolo­rów. Pomiędzy tamtejszymi lagunami o bajkowych bar­wach – szmaragdowych, błękitnych, zielonych czy na­wet czerwonych – biegają wikunie, guanaki i lamy, moż­na spotkać flamingi. Na północy Chile prężnie rozwija się również astroturystyka, bo to właśnie tamtejsze nie­bo uznawane jest za raj dla astronomów, a samo Chile za światową stolicę astronomii.
Na południu za to leży Patagonia wraz z Parkiem Na­rodowym Torres del Paine, nazywanym ósmym cudem świata. Po dziewiczych terenach Patagonii Północnej wśród gór, rzek, jezior, lodowców i fiordów biegnie fe­nomenalna Carretera Austral, Droga Południowa, którą spokojnie można nazwać snem fotografa. To jedno z naj­bardziej nieskażonych obecnością człowieka miejsc na planecie.
Przyrodnicze atrakcje Chile mogłabym wymieniać bardzo długo.

Polonia to nie tylko Ignacy Domeyko…
Polski inżynier i geolog był jednym z pionierów badań naukowych nad terytorium Chile i rzeczywiście cieszy się tu ogromnym szacunkiem i sławą. Nieprzypadko­wo w końcu Chilijczycy podarowali mu pasmo gór na północy kraju, i to nie byle jakich. Kordyliera Domeyki ma ponad dziewięćdziesiąt milionów lat i szczyty wzno­szące się na wysokość ponad czterech tysięcy dwustu metrów n.p.m. Ale kiedy się poczyta, poszpera i popy­ta, okazuje się, że ważnych Polaków w chilijskiej histo­rii było znacznie więcej. Między innymi w świecie win, architektury, fotografii czy sztuki.
Wspomnę tu chociażby o profesorze Philippo Pszczółkowskim, chilijskim enologu polskiego pocho­dzenia, inżynierze agronomie i od ponad trzydziestu lat profesorze Katolickiego Uniwersytetu w Santiago, gdzie mieści się najprężniej działający Wydział Enologii. Je­go rodzice pochodzili z Polski, obydwoje walczyli w Po­wstaniu Warszawskim. On sam urodził się już w Chile w 1949 roku. Jakże miło było odkryć, że w „odnalezie­niu” i popularyzacji carménère, ikonicznego dla Chile szczepu, ogromnąrolęodegrał właśnie Pszczółkowski. To bardzo ciekawa historia, bo jeszcze trzydzieści lat te­mu myślano, że ten szczep pochodzący z francuskiego regionu Bordeaux na dobre wyginął, ale potem, nieco przypadkiem, odkyto go właśnie w Chile. Dziś to kraj andyjski jest największym producentem carménère na świecie i tutaj awansowało ono do miana odmiany narodowej.

Rokrocznie 18 września, podczas celebracji święta narodowego Chile organizowanego w warszawskich hotelach przez ambasadę tego kraju, smakowałem tamtejsze wina – wyborne… Jak wygląda to państwo od kuchni?
Chilijczycy kochają jeść – dużo, długo i najlepiej w towarzystwie. Posiłki to dla nich celebracja, okazja do rozmów i plotek, spotkań z rodziną i przyjaciółmi oraz ulubiony sposób na okazanie gościnności. Za to sama kuchnia chilijska jest raczej prosta, dość domowa. Dania opierają się głównie na mięsie, ziemniakach, ryżu, warzywach i owocach morza. To, co warto jednak zaznaczyć, to fakt, że kraj pochwalić się może wspaniałą jakością składników i czasem rzeczywiście niewiele potrzeba, by danie było smaczne. Chile ma świeże warzywa i soczyste owoce właściwie przez cały rok, wspaniałe awokado. Ciągnące się wzdłuż kraju wybrzeże daje ogromny wybór owoców morza i ryb. Tutejsze oliwki i oliwy eksportowane są na cały świat, podobnie jak łosoś. Nie wspominając już o winach. Choć brakuje mi nieco w tutejszych potrawach wyrazistości, bo ja lubię pikantne, przyprawione dania, można w Chile znaleźć kilka ciekawych, oryginalnych potraw. Na przystawkę polecam na przykład machas a la parmesana, zapiekane w białym winie i parmezanie małże. Na obiad na przykład pastel de choclo, zapiekaną w glinianym naczynku masę z kukurydzy, pod którą znajdziemy m.in. mięso, oliwki i jajko na twardo. Całość idealnie dopełni ensalada chilena, sałatka z pomidorów, cebuli i kolendry oraz lampka wina – obowiązkowo chilijskiego. Na deser można zjeść sałatkę owocową, lody o smakach lokalnych owoców jak chirimoya albo jedno z bardzo słodkich chilijskich ciast. A jeśli zgłodniejemy na mieście, to zawsze można kupić empanadę albo completo italiano, hot doga z awokado, i napić się świeżo wyciskanego soku naturalnego sprzedawanego na ulicy. W Chile można smacznie zjeść, ale uprzedzam, porcje są ogromne!

Skąd wzięło się Chile w CV Moniki Trętowskiej?
W moim przypadku wszystko zaczęło się od miłości do muzyki latynoamerykańskiej. Jeszcze za swych czasów polskich prowadziłam program radiowy z muzyką świata. Lubiłam tańczyć salsę, planowałam lekcje tanga. Z czasem owa miłość do muzyki przerodziła się w zainteresowanie samą Ameryką Łacińską, jej kulturą, historią i społeczeństwem. Zarówno zawodowo jak i prywatnie. Któregoś roku poleciałam tam z plecakiem na wakacje i choć moim głównym celem była Brazylia, bo kocham bossa novę i sambę, „zajrzałam” też do Chile. Zaintrygowało mnie to, jak mało się o tym kraju wie i mówi. Po trzech tygodniach zapragnęłam zjechać go wszerz i wzdłuż. Poza tym to dziwne, ale z miejsca poczułam się w Chile jak u siebie, choć był to przecież koniec świata i mówiono do mnie w obcym języku. Postanowiłam wrócić na dłużej. Początkowo dałam sobie rok i sporo jeździłam po całym latynoskim kontynencie, ale w Chile znalazłam też miłość, mojego męża, więc ostatecznie osiadłam w Santiago na dobre. Czy na zawsze? Czas pokaże. To już jedenaście lat po tej stronie świata, ale życie jest pełne zwrotów akcji i niespodzianek. Jestem na nie otwarta.

Monika Trętowska – dziennikarka, reporterka i radiowiec. Autorka książki reportażowej „Chile. Dalej być nie może”. Od 2010 roku mieszka w Santiago.

Autor: Rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert
escort bayan trabzon escort bayan yalova escort bayan edirne escort bayan manisa bursa görükle escort