Wtorek, 28 maja 2013
Czasopismo"Magazyn Literacki Książki"
Tekst pochodzi z numeru5/2013
Polacy, mimo kryzysu, podróżują coraz więcej. Branża turystyczna, mimo zawirowań i perturbacji, ma się całkiem nieźle, a nasi rodacy, jeśli szukają gdzieś oszczędności, to raczej nie w rytualnych już corocznych wyjazdach w mniej czy bardziej egzotyczne strony świata. Zdaje się, że po peerelowskim poście zachłysnęliśmy się możliwością zobaczenia świata innego niż nasz własny i że do tej pory nam nie przeszło. Społeczny awans naszych rodaków mierzony jest nie tylko litrażem silnika nowego samochodu, nie tylko przekątną plazmowych telewizorów, dla których ściany mieszkań stają się powoli za małe, ale także – jeśli nie przede wszystkim – kierunkiem i rozmachem wakacyjnych wypraw. A więc wakacyjny szlak bojowy sympatycznego leminga wiedzie najpierw przez Mazury, później Tunezję lub Turcję, w końcu Kenię albo Indie, aby przed emeryturą można było dochrapać się możliwości kilku urlopów na Karaibach, w Chinach czy może w Australii. Hipsterzy oczywiście gardzą leżakami wakacyjnych resortów, zapełniając swoje facebookowe profile zdjęciami z podróży autostopem przez kazachskie stepy, z żucia katu z jemeńskimi rybakami, wrzucania pieniążka do islandzkiego krateru czy co najmniej z nocowania na berlińskim lub amsterdamskim squacie. Turysta i reporter Jeśli coś może dziwić, to to, że podobno w ostatnim czasie rynek naszego podróżniczego reportażu nieco podupada. To dziwne, bo przecież każdy rozsądny miłośnik podróży, odkrywania nowych lądów i ludów, poznawania egzotycznych zwyczajów a także po prostu człowiek chcący na moment oderwać się od męczącej codzienności, odetchnąć innym powietrzem, nacieszyć oczy innym widokiem, powinien od razu biec nie do zestandaryzowanych do bólu biur turystycznych, ale właśnie do księgarni. Dlaczego? Ano dlatego, że osobie ciekawej świata nawet najwspanialsza podróż nie jest w stanie zastąpić porządnego reportażu napisanego przez zmyślnego reportera. Reportera od turysty różni to, że próbuje doświadczyć takiego świata, który wcale nie jest przygotowany na jego przyjazd. Świata, który nie został dostosowany ani do jego gustu i upodobań, ani do jego systemu wartości, ani do jego oczekiwań. Zachodni turysta nie potrafi przekroczyć samego siebie. Wciąż ma roszczenia, oczekiwania, kto niby chce poznać i doświadczyć tego co egzotyczne, niezwykłe, ale jednak kiedy staje twarzą w twarz z egzotyką i odmiennością w samej rzeczy, wtedy daje o sobie znać jego przekonanie, że to jednak jego własny, zachodni świat jest punktem odniesienia i miarą dla wszystkiego, co dzieje się poza nim. Zaczyna więc narzekać na brud, hałas, natarczywość miejscowych lub ich dziwaczne i stawiające przybysza w kłopotliwej sytuacji zwyczaje. A od przewodników domaga się wskazania takich właśnie miejsc, obiektów, obyczajów czy społeczności, które zaspokoją jego potrzebę zdziwienia czy doświadczenia jakiejś nowości, ale nie naruszą przy okazji poczucia bezpieczeństwa, nie każą mu nawet zbliżyć się do granicy dysonansu poznawczego, rewizji własnych poglądów czy postaw, obrzydzenia. A reporter taką granicę przekracza, i to nie po to, aby epatować czytelnika sensacją, nie po to, by poruszać w nim czczą ciekawość pomieszaną z miłym, protekcjonalnym poczuciem wyższości wobec dalekiego i egzotycznego świata. Ale po to, żeby doświadczyć tego świata według jego własnych kategorii, aby znaleźć się naprawdę wewnątrz niego, żeby w miarę możliwości zlikwidować ten poznawczy dystans, który dzieli, musi dzielić, podróżnika od dalekiego kraju. Przekraczanie granic Zobaczmy, jak taką granicę przekracza Magdalena Skopek, autorka książki „Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi” (Wydawnictwo Naukowe PWN), znakomitej i, jak się przekonamy, smakowitej relacji z bycia wśród jednego z zamieszkujących półwysep Jamał na północnym zachodzie Syberii plemienia Nieńców, wciąż żyjącego z ekstensywnej, koczowniczej hodowli reniferów. W końcu musi dojść do takiego momentu, kiedy europejska podróżniczka sięga po taką potrawę, która najbardziej smakuje gospodarzom. Po uboju widzi reporterka „wszędzie porozwieszane części renifera. Na belkach nad ogniskiem obok żołądka, nóg z kopytami, krwawych ochłapów z kręgosłupem i kilku fragmentów ciała, których nie potrafię zidentyfikować, wiszą, albo jak kto woli, suszą się, wędzą, ociekają z wody męskie filcowe buty”. Z takiej belki zdejmuje się wiktuały na „coś w rodzaju drugiego śniadania”. „Na stole – pisze Magdalena Skopek – stała emaliowana miska, pełna zakrwawionych kości. W moją stronę sterczał jakiś duży staw, myślę, że kolano. Jak dla mnie wszystko już obrane z mięsa. Ale nie. Jeszcze się wszystko dokładnie oskrobuje z błon i niebieskich żyłek znajdujących się w zagłębieniach wzdłuż kości. Żyłki wydłubuje się czubkiem noża. Jeżeli nóż jest brudny od zakrzepłej krwi, można go wytrzeć o trawę albo o brzeg miski. (…) Ja siorbię swoją herbatę i mam ogromną nadzieję, że nikt mi nic nie zaproponuje. Nic z tego. Dostaję rozłupaną kość z grubym, różowym kawałkiem surowego szpiku trzęsącym się w środku. Jem z chlebem. Właściwie to tłuszcz, okazuje się, że bardzo smaczny”. Podróżnikowi zamiłowanemu nie potrzeba przewodnika. Potrzeba mu reporterskiego oka, aby mógł zrozumieć, że miejsca będące turystycznymi atrakcjami, odwiedzanymi tłumnie przez ludzi z naszego świata, opisane w renomowanych przewodnikach i polecane przez bedekery mają zupełnie inne znaczenia i funkcje niż te, które turysta jest w stanie dostrzec. Czy ktoś z Państwa był na College Street? Miejsce, które odwiedziła Paulina Wilk, autorka „Lalek w ogniu” (Carta Blanca), to największa dzielnica księgarska w Kalkucie i zapewne największa w całych Indiach, a może i na świecie. Wyodrębniona od reszty miasta wyspa, która gromadzi książki z całego świata. Sieć kilku ulic i małych alejek w całości wypełniają stragany sprzedające dosłownie wszystko to, co zostało uwiecznione na papierze – polityczne manifesty, baśnie, eposy, tomy poezji. Sprzedawcy starają się wykorzystać każdy skrawek przestrzeni. Układają wysokie słupy literatury, kładąc na siebie książki według kryterium ich wielkości i grubości, tak aby pomieścić jak najwięcej pozycji. Wszelkiego rodzaju myśli, zapisy doświadczeń ludzkiego świata, wymieszane są ze sobą bez żadnych ustalonych reguł. Komiksy stoją na jednej półce z traktatami filozoficznymi, tragedie Szekspira w towarzystwie manifestów filipińskiego dyktatora. Orwell, Kundera, Marquez, zepchnięci gdzieś na drugi plan, nie mają większych praw niż autorzy romansów i serii kryminałów. W tej antystrukturze wszystko wymieszane jest ze sobą, pozbawione odgórnych zasad, stanowi przeciwieństwo reguł starannie podzielonego na kasty i role społeczeństwa indyjskiego. Wielkie targi książki trwają tu permanentnie, niezmiennie przez cały rok, pomimo deszczów i wilgoci. „Tu można spędzić życie, błądząc …
Wyświetlono 25% materiału - 967 słów. Całość materiału zawiera 3868 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
Dostęp czasowy
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
Dostęp terminowy
Płatność kartą płatniczą lub przelewem
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail.
Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeżeli jesteś już abonentem Rynku Książki