Piątek, 1 marca 2024
ROZMOWA Z ALICJĄ GDAŃSKĄ, WSPÓŁWŁAŚCICIELKĄ KSIĘGARNI GDAŃSCY
CzasopismoBiblioteka Analiz
Tekst pochodzi z numeruBiblioteka Analiz nr 612 (4/2024)
Co słychać we Włocławku w Księgarni Gdańscy? U nas cały czas jest w miarę stabilnie. Na szczęście. Choć to sytuacja wyjątkowa, jeśli spojrzeć na to, co się dzieje w innych księgarniach w całym kraju. Jak to się państwu udaje? Zaznaczam, że mój głos nie jest popularny wśród innych księgarzy, ale my po prostu mamy zupełnie inne warunki. Mamy własny lokal, własny budynek. Pracujemy z mężem w tej chwili w księgarni sami, bo pracownica jest na zwolnieniu lekarskim już piąty miesiąc. Więc nasze zaangażowanie jest obecnie dużo większe. Mamy 30 lat doświadczenia w księgarstwie. Jestem z zawodu księgową, dokładnie patrzę na wyniki, na statystyki. Zanim zaczęłam pracę w tej księgarni – 12 lat temu – miałam przygotowaną dokładną analizę, dokładny biznesplan. Już wtedy było wiadomo, że z samych książek nie damy rady utrzymać się przez cały rok. Więc od początku wprowadziliśmy do oferty tzw. artpap i gry. I to była dobra decyzja? Oczywiście! Dbamy o to, żeby to oferta książkowa przeważała. Ale wiemy, jaka jest sytuacja na rynku. Śledzimy trendy na całym świecie. I księgarnie, które były stricte księgarniami z samymi książkami, niestety mają kłopoty finansowe. A my – wprowadzając inne artykuły do księgarni – mamy tak naprawdę bufor, on nam daje leciutką swobodę. Nie powiem, że jest bardzo dobrze, bo ten rok jest najgorszy w historii księgarni pod względem zysków. Właśnie zrobiłam analizę: obroty w tym miesiącu spadły o 5 proc. w stosunku do analogicznego okresu zeszłego roku. Zysk jest mniejszy o 7 proc. W ubiegłym roku w relacji do inflacji podnosiliśmy ceny bazowe na artykułach papierniczych, przy książkach nie było takiej możliwości, w tej chwili już kupujemy drożej, a ceny wciąż utrzymujemy na tym samym poziomie. Czyli zarabiamy, ale mniej. Ale? Niestety obserwujemy trend odejścia od zakupów podręczników, od książek, od czytania. Nasza księgarnia umiejscowiona jest na osiedlu. Mamy tu stałych klientów, np. emerytów, którzy nie radzą sobie w internecie i lubią przyjść do księgarni. Albo klienci pracujący poza zasięgiem komputera. Obok nas jest sieciowa drogeria, więc ludzie robiący tam zakupy przechodzą obok naszej witryny, podchodzą do księgarni. Bardzo dbamy o to, żeby książki były dobrze wyeksponowane, witryna jest zawsze zrobiona solidnie. Ci stali klienci są u nas cały czas, ale zamiast trzech książek kupują jedną. Z uwagi na ceny? No właśnie. Po pierwsze cena 89 zł za książkę odstrasza. Po drugie nie sprzedają się u nas książki dla dzieci z ceną powyżej 50 zł. Mamy naprawdę szeroką ofertę, książki dla najmłodszych są piękne, ale bariera 50 zł jest dla rodziców czy dziadków nie do przeskoczenia. Nie oferujecie rabatów? My nie uczestniczymy w wojnie cenowej, więc u nas książki są w cenie okładkowej. Przyzwyczailiśmy już do tego naszych klientów. Nawet jeśli obniżymy cenę o 15 proc., to nic nie da, bo i tak nie jesteśmy konkurencją dla internetu. Mamy też grupę odbiorców, którzy kupują lokalnie, są świadomi, polegają na naszych rekomendacjach, jesteśmy z nimi w stałym w kontakcie. Ale też widzę, że koleżanka, która dotychczas kupowała cztery czy pięć książek, teraz kupuje dwie. Winna jest oczywiście wysoka cena książki. Klienci kupują mniej egzemplarzy, bo na książki mają przeznaczoną określoną kwotę. Za to my pamiętamy, że nasz klient wybrany tytuł kupił już ostatnio, np. w prezencie dla żony, i wtedy proponujemy inną książkę. I klienci nie negocjują, nie domagają rabatów? Zdarza się, że ktoś przyjdzie i spyta o to, jakie mamy ceny, a ja odpowiadam, że takie jak na okładce. I absolutnie nie dyskutuję, jeśli klient nie jest gotowy do rozmowy. Jeśli już dyskusja się wywiąże, tłumaczę, że przecież klient ze swojej pensji nie oddaje 30 proc. dla kadrowej. Wręcz odwrotnie, chętnie zobaczy podwyżkę płac. A jeśli ja udzielę rabatu 30-40 proc., bo się tyle domaga i tyle dostanie na stronie internetowej, to ja nie zarobię już nic, a wręcz dołożę. Cały czas jednak przychodzą klienci i są zachwyceni księgarnią, czyli to miejsce jest im potrzebne. Mamy też w ofercie ok. 8 tys. kartek okolicznościowych. Osiedle jest spore, mieszka tu dużo emerytów, oni chętnie je kupują. I nie ma problemu, jeśli wydadzą 30 zł na kartkę. Ale wydanie 10 zł na książeczkę powoduje konsternację... Organizujecie też spotkania autorskie, różne wydarzenia. Trochę to jednak ograniczyliśmy. Mamy mniej pieniędzy, bo zysk jest mniejszy, a wszystkie koszty nam wzrosły, mimo dofinansowania z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mówi pani o programie „Certyfikat dla małych księgarni”? Tak. I tu dokładnie widać, na czym polega nasza specyfika. Ponieważ mamy swój lokal, to nasze koszty są zupełnie inne niż te przewidziane w preliminarzu. Nie mamy czynszu, ale mamy podatek od nieruchomości – w wysokości 4 tys. zł, którego nie możemy sfinansować z dotacji. Teraz czeka nas remont, ponieważ po 12 latach w księgarni zaczął przeciekać dach. Nie ma już firmy od dachu, więc nie ma jak zrobić reklamacji. I czeka nas wydatek kilku, może kilkunastu tys. zł. Nie możemy tu liczyć na ministerialne wsparcie. Przeciek uszkodził nam oświetlenie. Księgarnia jest dość wysoka i jej doświetlenie wymagało specyficznego rozwiązania. Wszyscy uważają, że mamy łatwiej i taniej, bo mamy własny lokal. Ale myśmy zainwestowali w jego budowę 800 tys. zł, co przekłada się w ciągu 20 lat na 4 tys. zł miesięcznie. Plus odsetki, czyli prawie 5 tys. zł. Koszty kredytu, który myśmy już ponieśli, to były nasze prywatne pieniądze i nie mogliśmy zaliczyć ich jako obniżenie dochodu. Czyli płaciliśmy większy podatek. Cały koszt zakupu gruntu nie podlega ujęciu w koszty, a budynek możemy tylko amortyzować. Czyli wydaliśmy 800 tys. zł na budowę księgarni plus odsetki od kredytu, a w koszty działalności księgujemy tylko ok. 500 zł/miesiąc. I to jest duży minus posiadania własnej księgarni. Księgarze, którzy starają się o dofinansowanie w tym programie, mogą część kosztów najmu ująć w projekcie. My kosztów związanych z budową własnej księgarni nie możemy. Nie można przeznaczyć pieniędzy z dotacji na wynagrodzenie dla pracowników, na składki ZUS, na podatki od nieruchomości, na remont dachu czy zakup nowego oświetlenia. Mogliśmy sfinansować rachunki za prąd, tyle że te rachunki się opóźniły. Dlatego sporą część dofinansowania musieliśmy przeznaczyć na reklamę. Ten projekt jest bardzo dobry, na pewno wielu księgarniom pomógł. Ale nasza specyfika jest inna. Zgłaszałam do Instytutu Książki, żeby zmienić kryteria, bo część księgarzy pracuje w dużych miastach, a częściej w mniejszych miejscowościach, a tu mamy też swoje lokale i zupełnie inne potrzeby. Jak pani widzi, nasze koszty są inne i my musimy dbać o naszą księgarnię inaczej. Stąd też duża liczba artykułów papierniczych, kredek i długopisów. A wszystko po to, aby w naszym mieście była dobrze zaopatrzona księgarnia. Część zysków z artpapu przeznaczamy na zapłacenie faktur za książki. Zanim sprzedamy książki z półek, muszą one swoje odstać na regale, nawet kilka miesięcy. Terminy zapłaty są relatywnie krótkie: od 14 do 30 dni. Czyli trzeba zapłacić fakturę na długo przed sprzedażą książek. Przy artpapie terminy są odległe, nawet 180 dni. Przy tych artykułach jest zupełnie inna marża niż przy książkach, prawda? Tak. Tam nikt nie wykłóca się o rabaty. Mamy sporo tanich rzeczy, od 99 groszy. Oferujemy dużo wkładów do długopisów, bo stawiamy na ekologię, na przedmioty wielorazowego użytku. Papiery często sprzedajemy na kartki, bo nie zawsze klientowi potrzebna jest cała ryza. Podkreślę – nasza księgarnia nie wpisuje się w ogólny trend i ogólną charakterystykę księgarń w Polsce. Oczywiście doskonale widzę, że czytelnictwo spada, zmniejsza się zakup książek. Obserwuję, co się dzieje na targach książki. W dużych miastach jest sporo młodzieży czytającej. U nas absolutnie nie. Czasami sprzedajemy dosłownie pięć książek młodzieżowych w miesiącu. Mówi pani o ofercie Young Adult? Tak. Mamy pełną ofertę. Ale najwięcej sprzedajemy książek z serii „Wojownicy” wydawnictwa Nowa Baśń. Najwięcej, ale i tak nie są to liczby zadawalające. Jest pewna grupa młodych czytelników, która do nas zagląda i coś tam kupi… Właśnie robię zwrot do Platona, poświąteczny, musiałam wszystko zdjąć z półek. I serce mnie boli. Oczywiście zaraz zrobię nowe zamówienie, bo chcę, żeby oferta dla młodzieży cały czas u nas była. I tu muszę powiedzieć, że w tym temacie mamy dobrą współpracę z Platonem. A jak wygląda współpraca z lokalnymi bibliotekami? Zdarza się, że mamy zamówienia z bibliotek szkolnych, ale w tym roku firma Tuliszków po prostu nas „zjadła”. Jak to? Z cenami. Nawet szkoła nie zapytała o nasze ceny, więc mogę się tylko domyślać. Bibliotekom udzielamy rabatów, ale w wyspecjalizowanych firmach dystrybucyjnych nad taką szkołą z projektem na zakup nowości do biblioteki pracuje sztab ludzi. Duży może dużo więcej. To jest przykre, że nie ma tego poczucia, żeby wspierać się lokalnie. Działacie przecież w tej samej miejscowości. Tak. Łącznie takich projektów było chyba osiem. Ja dostałam jeden cały projekt i dwa po 4 tys. zł. Przy tych projektach też nie jest łatwo. Jest projekt do biblioteki na kwotę 15 tys., z czego urząd miasta dokłada 3 tys. zł i narzuca, że biblioteka może kupić książki za 8 tys. zł, a za resztę wymieniają regały. Tak samo w przedszkolu: projekt na 4 tys. zł, w tym 1500 zł na regały. Zdecydowanie w regulaminie tych projektów powinien być zapis, że warunkiem realizacji jest zakup książek w lokalnej księgarni. Rozmawiamy o tym od lat z Urzędem Miasta. Bez skutku. Ale wśród naszych klientów są senator i poseł. Jeden z nich zadzwonił do nas pewnego dnia po godz. 20, bo przypomniało mu się, że dziecko nie ma książki do szkoły. A że akurat prowadziliśmy jakieś prace remontowe w księgarni, to byliśmy na miejscu, i ten pan poseł przyszedł, kupił książkę, a my mówimy: „Panie pośle, niech pan teraz zobaczy, co by było, gdyby nas zabrakło. Co zrobiłoby pana dziecko?”. Pan senator też od nas usłyszał, że gdyby księgarni nie było, to byłby w mieście pusty plac. I nie kupiłby książki o Nowym Jorku na dwa dni przed wyjazdem. I obaj powiedzieli, że będą optować za jednolitą ceną książki, bo temat już znają. A z jakiej opcji politycznej są? Jeden z Koalicji Obywatelskiej, drugi z Lewicy. Dałam im już sygnał, że został wystosowany list środowiska księgarskiego, że się do polityków dobijamy. Niestety obecny prezydent miasta nigdy nie był w naszej księgarni, nigdy nie uczestniczył w żadnym wydarzeniu, po prostu nie ma w ogóle tematu księgarni. Dla niego nie istniejemy. Chyba że trzeba zapłacić podatek od nieruchomości, to wtedy tak. Podpisuje się na każdym druku. Więc lokalność u nas nie działa. Mam zaprzyjaźnione bibliotekarki i bibliotekarzy, którym oferuję pomoc przy pisaniu wniosków do Ministerstwa Kultury na zakupy nowości. A to nie są łatwi klienci. Raczej nie jeżdżą na targi książki i niekoniecznie są w stanie zbudować dobrą bazę z ważnymi książkami. Oczywiście są też wyjątkowi, uwielbiam z nimi pracować, bo lubię wyzwania. I tu mam duże pole do popisu i dużą satysfakcję. I dopiero później okazuje się, że moje propozycje są trafione. To jakie książki najlepiej się w pani księgarni sprzedają? W pierwszej kolejności te, które są na wystawie. Czyli działa impulsywność. Ktoś przechodzi, zauważy książkę, która go ciekawi albo gdzieś o niej słyszał lub przeczytał, wchodzi i kupuje. Jeśli nie będzie księgarń stacjonarnych, nie będzie chęci kupienia, nie będzie takiej potrzeby. Bo nie wszyscy kupują w internecie. Czasami ktoś pyta mnie o konkretną książkę i okazuje się, że nie mam jej w bazie, bo tylko jedna sieć ma ją na wyłączność. Wtedy jestem zła, bo nie mam możliwości tej książki dla klienta zamówić. Albo są tacy, …
Wyświetlono 25% materiału - 1802 słów. Całość materiału zawiera 7211 słów
Pełny materiał objęty płatnym dostępem
Wybierz odpowiadającą Tobie formę dostępu:
1A. Dostęp czasowy 15 minut
Szybkie płatności przez internet
Aby otrzymać dostęp kliknij w przycisk poniżej i wykup produkt dostępu czasowego dla Twojego konta (możesz się zalogować lub zarejestrować).
Koszt 9 zł netto. Dostęp czasowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Czas dostępu będzie odliczany od momentu wejścia na stronę płatnego artykułu. Dostęp czasowy wymaga konta w serwisie i logowania.
1B. Dostęp czasowy 15 minut
Płatność za pośrednictwem usługi SMS
Aby otrzymać kod dostępu, należy wysłać SMS o treści koddm1 pod numer: 79880. Otrzymany kod zwotny wpisz w pole poniżej.
Opłata za SMS wynosi 9.00 zł netto (10.98 PLN brutto) i pozwala na dostęp przez 15 minut (bądź do czasu zamknięcia okna przeglądarki). Przeglądarka musi mieć włączoną obsługę plików "Cookie".
2. Dostęp terminowy
Szybkie płatności przez internet
Dostęp terminowy zostanie przyznany z chwilą zaksięgowania wpłaty - w tym momencie zostanie wysłana odpowiednia wiadomość e-mail na wskazany przy zakupie adres e-mail. Dostęp terminowy wymaga konta w serwisie i logowania.
3. Abonenci Biblioteki analiz Sp. z o.o.
Jeśli jesteś już prenumeratorem dwutygodnika Biblioteka Analiz lub masz wykupiony dostęp terminowy.
Zaloguj się